Zastrzelimy i wypatroszymy

Wierchuszka Platformy Obywatelskiej wkręcona w polską wersję Borata (by Szymon Majewski). HGW jak zwykle bezkonkurencyjna na polu bełkotliwych idiotyzmów („Zgoda to jest inaczej Bronek Komorowski. Donek Komorowski Zgoda. On buduje pokój…”), ale Palikot i tak bije ją na głowę zapowiedziami tego, co w ramach budowania zgody zrobi z Bronkiem Zgodą Komorowskim pewnemu politykowi konkurencyjnej partii…

Moi kandydaci

Za Gniewomirem zrobiłem sobie test preferencji prezydenckich. Wyszło kilka niespodzianek:

pełna tabela odpowiedzi

Korwin na pierwszym jakoś mnie nie dziwi (wystarczyło szczerze odpowiedzieć na pytania o KRUS, NFZ i prywatyzację szpitali – nie było, niestety, pytań o delegalizację przejść dla pieszych i odbieranie kobietom praw wyborczych), Leppera na trzecim miejscu też jeszcze jakoś strawię (wszystkim wychodzi, zapewne przez pytania o Afganistan), ale Jurek z wynikiem na poziomie Olechowskiego i Napieralskiego (tudzież lepszym od Komorowskiego) to jakaś paranoja. Czyżbym czegoś o sobie nie wiedział?

Efekt cieplarniany w Wielkiej Brytanii

Tyle narzekano na to, że zaklęcia wygłaszane przez Wielkich Wodzów w Kopenhadze nie wyegzorcyzmują z naszej planety demona Globalnego Ocieplenia, a tymczasem… magia znów okazała się skuteczna! Zdjęcie zrobione wczoraj przez NASA pewnej świeżo upieczonej (no pun intended!) wyspie arktycznej pokazuje, że może nawet trochę zbyt skuteczna…

Państwo zadecyduje, czy możesz być matką?

lucy2Jęczymy, że w Polsce chce się opodatkować przysługi wyświadczane sobie nawzajem przez sąsiadów i znajomych, a tymczasem w takiej Wielkiej Brytanii za to samo władzunia już regularnie ściga obywateli – w tym matki opiekujące się dziećmi. Na razie, co prawda, tylko dziećmi znajomych (a co, opieka nad własnym nie jest przysługą?) – ale przecież nawet w ojczyźnie George’a Orwella od czegoś trzeba zacząć…

Historia, na która natknąłem się pierwotnie w Daily Mail, zaczęła się, gdy dwie 32-letnie dziś policjantki z Aylesbury, Lucy Jarrett (na zdjęciu) i Leanne Shepherd umówiły się na wzajemne doglądanie swoich pociech. Obie – jako świeżo upieczone matki – pracowały po dwa dni w tygodniu, nie sprawiło więc wielkiego problemu takie ustawienie grafików pracy, by za każdym razem, gdy jedna była w pracy, druga mogła siedzieć z dziećmi. Wszystko skończyło się jednak, gdy po dwóch latach pewna życzliwa dusza z sąsiedztwa doniosła na obie panie do lokalnej komórki Ofstedu (Office for Standards in Education, Children’s Services and Skills – brytyjski urząd zajmujący się kontrolą szkół i rodziców, utworzony w 1993 przez zaczytujących się w Orwellu konserwatystów Majora). Urząd zarządził kontrolę i szybko ustalił, że obie kobiety bez licencji niani i odprowadzania podatków świadczą sobie wzajemnie usługi, których ceny rynkowe zaczynają się od 200 funtów miesięcznie. Policjantki, zapewne ze względu na umocowanie w lokalnej społeczności, nie poszły jeszcze siedzieć, musiały jednak zakończyć współpracę i zacząć odstawiać potomstwo do profesjonalnych żłobków. Wciąż grozi im jednak, że staną przed sądem za prowadzenie niezarejestrowanej działalności związanej ze świadczeniem usług babysitterskich bez stosownej licencji.

Jak już zaznaczyłem na początku, jedno mi tylko w całej sprawie nie pasuje. Jak na mój rozum, by prawo było spójne, Rząd Jej Królewskiej Mości powinien wymagać takiej licencji od każdej kobiety, która zechce zajmować się dzieckiem. Także własnym. Można by przy okazji nakładać na matki podatek od czasu spędzonego z potomstwem (korzyść dziecka, za którego zobowiązania finansowe odpowiada przecież rodzic). Zaś te, które nie zdadzą egzaminu na matkę lub „zapomną” zapłacić podatek, pozbawiać praw rodzicielskich. I nie mówcie mi, że to nie przejdzie, bo kilka tygodni temu (czyli także przed sławetną wykładnią Izby Skarbowej w Katowicach), gdyby mi ktoś zaczął opowiadać historię opisaną w artykułach, popukałbym się z niedowierzaniem w czoło.

Ciekawe, kiedy brytyjscy prawodawcy wprowadzą w życie wymienione pomysły. I czy aby przy okazji uchwalą jakąś rzecz, której nie jestem sobie jeszcze w stanie wyobrazić…

Kafka w Krakowie

„Dziennik Polski” (via Wykop) o jednym z licznych absurdów, które pozbawiają dzisiejszych Polaków prawa do myślenia z wyższością o czasach Barei:

Maria Kantor, pracowniczka Uniwersytetu Jagiellońskiego, oprowadzała po Krakowie swoich znajomych z Malty. Pani Maria zabrała przybyszów na ul. Floriańską, pod Sukiennice i kościół Mariacki, opowiadała o historii miasta i zabytków. Nagle podeszły do niej dwie osoby, które zaczęły wypytywać o uprawnienia przewodnika. Okazało się, że to wspólna kontrola urzędników Urzędu Marszałkowskiego i przedstawicieli Stowarzyszenia Przewodników Turystycznych, którzy w asyście strażników miejskich postanowili wylegitymować podejrzaną.
– Od razu odpowiedziałam, że nie jestem żadnym przewodnikiem, a tylko pokazuje znajomym zabytki Krakowa. A właściwie to byłam tak zaskoczona, że zaniemówiłam. Moi znajomi z Malty nie wiedzieli, co się dzieje i dlaczego nagle zatrzymują mnie obce osoby i umundurowani strażnicy. Na nic zdały się moje wyjaśnienia, że nie oprowadzam żadnej grupy. Byłam przerażona absurdalnym stwierdzeniem, że nielegalnie, bez uprawnień, oprowadzam turystów indywidualnych po Krakowie i że to jest zabronione – mówi Czytelniczka. (…)
Jak tłumaczy Biuro Prasowe Urzędu Marszałkowskiego Województwa Małopolskiego, celem kontroli było „zmniejszenie skali zjawiska nielegalnego przewodnictwa, a także zapewnienie wykonywania zadań przewodnika turystycznego po Krakowie przez osoby spełniające wymagania określone przepisami prawa”.
Okazuje się, że przyłapani na nielegalnym przewodnictwie mogą otrzymać (…) karę grzywny w wysokości od 20 zł do 5000 zł. Jeśli natomiast na miejsce zostanie wezwana policja, może ukarać mandatem w wysokości 500 zł.
Według ustawy o usługach turystycznych „przewodnik turystyczny to osoba zawodowo oprowadzająca turystów lub odwiedzających po wybranych obszarach, miejscowościach i obiektach oraz udzielająca o nich informacji”. Sprawę precyzuje Kodeks Wykroczeń, który mówi, że ten, „kto wykonuje bez wymaganych uprawnień zadania przewodnika turystycznego lub pilota wycieczek, podlega karze ograniczenia wolności albo grzywny”. (…)
– Rozumiem zdenerwowanie tej pani. Nie twierdzę też, że brała od tej grupy pieniądze, ale też z mojego doświadczenia wynika, że w takim wypadku nikt się nie przyzna i każdy będzie się upierał że to znajomi. Też uważam, że można oprowadzać znajomych i rodzinę, ale pozostaje pytanie, jak udowodnić, że to daleka rodzina czy znajomi z Niemiec lub Francji, a nie turyści, których tak po prostu przedstawiam i na których zarabiam? – pyta Anna Gigoń ze Stowarzyszenia Przewodników Turystycznych, która była jedną z osób kontrolujących Marię Kantor.

Wypowiedź pani Gigoń to w całej historii, której nie powstydziliby się Pythoni, najbardziej kuriozalna perełka. Dobitnie pokazuje to, o czym większość z nas na co dzień stara się nie pamiętać: że w Polsce A. D. 2009 wciąż mamy obszary prawa, w których to nie państwo (czy, jak tutaj, kolejna samokoncesjonująca się grupa, która „załatwiła sobie” u polityków urzędową ochronę swych interesów) udowadnia winę oskarżonemu, tylko oskarżony musi udowodnić, że jest niewinny. Ta filozofia prawna, kiedyś charakterystyczna dla trybunałów badających oskarżenia o czary (gdzie, jak pamiętamy, oskarżona kobieta mogła swą niewinność udowodnić np. tonąc w trakcie próby wody), to dziś, o czym przekonał się Roman Kluska i rzesze mniej znanych przedsiębiorców, norma w działaniu polskich urzędów skarbowych. Nie stronią od niej jednak i inne powiązane z naszym kochanym państwem instytucje (że wspomnę choćby ZAiKS, patrolujący restauracje i zakłady fryzjerskie w poszukiwaniu śladów odbiorników RTV), wiedząc, że Polacy, którzy jako naród uwielbiają życie w rzeczywistości rodem z Kafki, poprzestaną na marudzeniu. A systemu nie zmienią nawet gdy na krakowskim rynku zaczną się aresztowania matek opowiadających o zabytkach własnym dzieciom.