Kto uczy polskie dzieci religii?

Od wczoraj polski internet żyje historią pewnej katechetki (tudzież zasłużonej pani ekspert Ministerstwa Edukacji Narodowej), która trzydzieści lat temu postanowiła wcielić w życie biblijne zasady obchodzenia się z nieposłusznymi dziećmi. Jak to się skończyło, jeszcze lepiej od Mariusza Szczygła opisuje oryginalna relacja sądowa Barbary Seidler:

krzymu1

krzymu02a

krzymu02b

Przekręcona

Efekt Margareth Thatcher – kto czytał „Psychologię i życie” Zimbardo, ten wie, o co chodzi. Dla pozostałych to może być jeden z najostrzejszych filmów życia:

Zastrzelimy i wypatroszymy

Wierchuszka Platformy Obywatelskiej wkręcona w polską wersję Borata (by Szymon Majewski). HGW jak zwykle bezkonkurencyjna na polu bełkotliwych idiotyzmów („Zgoda to jest inaczej Bronek Komorowski. Donek Komorowski Zgoda. On buduje pokój…”), ale Palikot i tak bije ją na głowę zapowiedziami tego, co w ramach budowania zgody zrobi z Bronkiem Zgodą Komorowskim pewnemu politykowi konkurencyjnej partii…

Moi kandydaci

Za Gniewomirem zrobiłem sobie test preferencji prezydenckich. Wyszło kilka niespodzianek:

pełna tabela odpowiedzi

Korwin na pierwszym jakoś mnie nie dziwi (wystarczyło szczerze odpowiedzieć na pytania o KRUS, NFZ i prywatyzację szpitali – nie było, niestety, pytań o delegalizację przejść dla pieszych i odbieranie kobietom praw wyborczych), Leppera na trzecim miejscu też jeszcze jakoś strawię (wszystkim wychodzi, zapewne przez pytania o Afganistan), ale Jurek z wynikiem na poziomie Olechowskiego i Napieralskiego (tudzież lepszym od Komorowskiego) to jakaś paranoja. Czyżbym czegoś o sobie nie wiedział?

Efekt cieplarniany w Wielkiej Brytanii

Tyle narzekano na to, że zaklęcia wygłaszane przez Wielkich Wodzów w Kopenhadze nie wyegzorcyzmują z naszej planety demona Globalnego Ocieplenia, a tymczasem… magia znów okazała się skuteczna! Zdjęcie zrobione wczoraj przez NASA pewnej świeżo upieczonej (no pun intended!) wyspie arktycznej pokazuje, że może nawet trochę zbyt skuteczna…

Zakładka cnoty

Zakładek książkowych, które gwarantują utrzymanie uwagi i przytomności przy najbardziej nawet nużącej lekturze, widziałem już w życiu sporo. Niestety, jak dotąd wszystkie były wulgarne i obleśne. Poza tą jedną:

cockroach

Wykop effect

Każdy, kto choć trochę liznął psychologii blogowego marketingu, wie, ile można zdziałać mając do dyspozycji atrakcyjny tytuł i kontrowersyjny temat. Niemniej nawet biorąc to wszystko pod uwagę, dwadzieścia tysięcy wejść w ciągu doby potrafi człowieka zaskoczyć.

WE2

Z drugiej strony, strach mysleć, co się musi dziać, gdy w nazwie linku na Wykopie znajdzie się np. „seks”…

Za kasę naszą i waszą

Nie lubię sztuki nowoczesnej. Bynajmniej nie dlatego, że prawie wszyscy tzw. artyści (przez który to termin rozumiem poważnych i uznanych kapłanów sztuki wysokiej, nie rozwrzeszczanych dostawców komercyjnej papki), z którymi zdarzyło mi się w życiu rozmawiać, okazywali się nieukami lub półgłówkami, choć z drugiej strony byli na ogół dość sprytni, jeśli chodziło o wyciąganie kasy z instytucji publicznych. Nie mam też z dzisiejszą sztuką problemów estetycznych: nie odstręcza mnie patrzenie na szarlatanerię bądź rzygi – jedno i drugie, jeśli dobrze zaaranżowane, może być interesujące. Nie, główny problem z artystami i sztuką współczesną mam jako podatnik: mało który producent sztuki współczesnej utrzymuje się dziś z tego, ile ze swych odchodów sprzeda. Za pokazywanie w galeriach jego „dzieł” płaci mu państwo, samorządy, unia – czyli politycy bądź urzędnicy. Płacą oczywiście nie ze swojej kasy, tylko z tego, co zabiorą frajerom, którzy są na tyle głupi, że chce im się w Polsce uczciwie pracować i płacić podatki.

Takimi frajerami byli na przykład handlowcy z Kupieckich Domów Towarowych, których sklepy Hanna Gronkiewicz-Waltz eksmitowała pod budowę Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie. Ohydny klocek stanie w miejscu wymarzonym na normalną, komercyjną, dochodową inwestycję, zapłaci zaś za niego każdy warszawiak, tak jak zapłacił i wciąż płaci (po kilkadziesiąt tysięcy rocznie) za kuriozalną palmę Rajkowskiej (tej samej, której miasto Poznań dało teraz pół miliona na promujący islam i islamizm minaret). Jeszcze fajniej robi się, gdy sobie uświadomimy, co będzie w środku muzeum. Bo sztuka najnowsza to pojęcie pojemne i może obejmować zarówno zwłoki chińskich więźniów politycznych obdarte ze skóry i pokazywane dla rozrywki znudzonym Europejczykom, jak i Katarzynę Kozyrę biegającą po męskich łaźniach z przyprawionym fiutem. O mosznie Nieznalskiej przez grzeczność nie wspomnę.

Ale kto wie, może władze stolycy rzeczywiście pójdą na całość i wystawią np. jakieś dzieła Tinkebell? Modna ostatnio holenderska performerka robi rzeczy niezwykłe nawet jak na artystkę: publicznie przerabia zabite przez siebie zwierzęta domowe (psy, koty, świnki morskie i chomiki) na zabawki i przedmioty codziennego użytku. I wystawia je w galeriach. Równolegle kręci filmy edukacyjne, pokazujące początkującym psychopatom artystom, jak zrobić ambitne dzieło sztuki współczesnej choćby z niepozornej świnki morskiej:

Kariera Tinkebell w mediach zaczęła się od skandalu, który wybuchł po tym, jak złamała kark swojemu kotu (miał, jak twierdziła, depresję), obdarła go ze skóry i zrobiła sobie z niej torebkę. Happening wywołał w internecie spory odzew (zwłaszcza ze strony bojowników o prawa zwierząt), co zapewniło artystce darmowe publicity i duuuuże fundusze na nowe zwierzątka. Wkrótce Tinkebell całkowicie przekwalifikowała się na kuśnierstwo i wypychanie, czego dowodem kolejne arcydzieło: nowatorskie połączenie psa i kota, którego funkcji nie potrafię nawet sobie wyobrazić:

Wybór niszy okazał się niezwykle trafny: Tinkebell stała się sławna, zwłaszcza w środowiskach rakarzy. Na szczęście za dostawy świeżego mięska dla młodej naśladowczyni Jame’a Gumba płaci na razie podatnik holenderski, a nie polski. Choć z drugiej strony nie wiadomo, czy to się aby nie zmieni, gdy ktoś w warszawskim ratuszu usłyszy o topowej zachodniej artystce…

Zboczony jak ksiądz

Asfiksja erotyczna to rozpowszechniona wśród bogatych i zblazowanych (tylko w poprzednim miesiącu wykończyć miała m.in. siedemdziesięcioletniego Davida Carradine’a) metoda intensyfikowania doznań w trakcie orgazmu poprzez odcinanie sobie dopływu tlenu (podduszanie się i te sprawy). Jak każda moda, dotarła w końcu także do Polski; oczywiście w pierwszej kolejności do naszych bogatych i zblazowanych – czyli duchowieństwa. I tak w Pruszczu Pomorskim zamknięto pewnego księdza… za to, że próbował powiesić się wspólnie z umiłowanym ministrantem. Co ciekawe, jak wynika z artykułu, pleban (podobnie jak kościelny i szef ministrantów) molestował chłopca (tudzież jego kolegów) od dobrych kilku lat, regularnie się też dusił (poprzednio gazem), niemniej, jak to w Polsce, nikt się tym jakoś w parafii nie przejmował, dopóki koneser w sutannie nie postanowił połączyć przyjemnego z pożytecznym. I niech mi ktoś powie, że żyjemy w konserwatywnym i purytańskim kraju…

Przy okazji ciekawa reklama dla matek i ojców chłopców, którzy mają przyjemność (nie zawsze nawet z księdzem) być ministrantami:

Ironia losu, że kiedyś do odganiania złych mocy służyła woda święcona…

Za co kocham You Tube’a?

Wchodzę dziś rano na bloga, a tu niespodzianka: wszystkie klipy zlinkowane na YouTubie (a mam ich na hardkorze tak na oko z 500) dostały wspaniały searchbar. Najlepsze, że jest w stałym rozmiarze, więc po odpowiednim zmniejszeniu rozmiarów wideo zajmuje więcej miejsca niż klatka z filmu:

bar

Firma zarzeka się, że to wszystko, by poprawić funkcjonalność serwisu i uszczęśliwić konsumentów. Wniebowzięci konsumenci tymczasem szybko odkryli, że można „funkcjonalność i szczęście” wyłączyć: dostawiając w kodzie źródłowym do adresu YT „&showsearch=0”. Co, niestety, jeśli ktoś sobie nieopatrznie takich filmów władował na bloga kilkaset, może zabrać chwilę. No i oczywiście w sytuacji, gdy za tydzień searchbar zniknie albo „&showsearch=0” przestanie działać, może się okazać robotą głupiego.

AT Media o samopoczuciu widza

Niewinny kawałek odważnej (bo o zasięgu ograniczonym do prasy branżowej) kampanii AT Media, opisanej kilka dni temu przez Piotra Jakubowskiego. Od siebie dodam, że gdyby „Być jak John Malkovich” wchodził na nasze ekrany teraz, mógłby nosić (potencjalnie nie mniej kultowy) tytuł „Czuć się jak widz Superstacji w sportowym aucie”…

Na koniec pozostaje życzyć nam, odbiorcom, więcej tak wyróżniających się kampanii; a nadawcy przynajmniej ze trzydziestu listów do Rady Reklamy od oburzonych właścicieli firm komputerowych z Poznania. Śmiała kreacja zasługuje na szeroki rozgłos.