Chrześcijanie kontra Einstein

Wszyscy wiedzą, że amerykańscy odpowiednicy naszych obrońców krzyża mają na pieńku z teorią ewolucji Darwina, badaniami na komórkach macierzystych, klonowaniem i w ogóle całą resztą współczesnej biologii, nie każdy jednak zdaje sobie sprawę, że niewiele mniej kontrowersyjną dziedziną jest dla nich fizyka. Ot, choćby ze względu na datowanie Wielkiego Wybuchu (13-14 miliardów lat przed stworzeniem świata w Biblii). Za jeszcze bardziej niebezpieczną uznają teorię względności (ang. relativity) Alberta Einsteina. Dobrze wiedzą, że to właśnie jej upowszechnienie w XX stuleciu odpowiada za wszechobecny dziś relatywizm moralny. By wydobyć Amerykę z jego macek, proponują rozwiązanie, które w Europie (o czym fundamentaliści zza oceanu raczej nie wiedzą, bo historią nie-Ameryki na ogół się brzydzą) forsowali w swoim czasie i Hitler, i Stalin: usunąć z podręczników fizyki wszelkie wzmianki o równaniu E=mc² i jego autorze. O paleniu w piecach lub zamykaniu w psychuszkach autorów poprzednich podręczników oraz tych, co je przeczytali i zrozumieli, na szczęście na razie nie wspominają…

Wklęsła Ziemia, czyli astronomia w Biblii

Rzadko odnoszę się na stronie głównej do tego, co znajdę w komentarzach, ale dziś zrobię wyjątek, po tym, jak w dyskusji pod postem, który już zszedł z pierwszej strony (co poważnie zmniejszyło szanse, że dyskusję zobaczy ktoś spoza wąskiego grona dyskutujących), znalazłem wypowiedź pewnej częstej komentatorki podpisującej się imieniem Bianka:

Tomku, w Biblii nigdzie nie jest napisane, że Ziemia jest płaska, wręcz przeciwnie, zanim ktokolwiek odkrył, że Ziemia jest kulą, Biblia już o tym poinformowała, jak również o fakcie, że unosi się w próżni.. nie wiedziałeś o tym, prawda? [nie wiedziałem – TŁ] : ) A ponieważ Biblia nie myli się w tej kwestii, jest logicznym, iż nie należy podważać informacji o dziele stworzenia świata [jakoś logiki nie widzę w tym, by z tego, że ktoś raz się nie pomylił, wyciągać wniosek, że nie myli się nigdy, ale mniejsza o to, nie jest to wszak wcale najsłabszy punkt wywodu – TŁ]. Ja przynajmniej tego nie robię. (…)
W jednej z wypowiedzi telewizyjnych stwierdziłeś, że ludzie ‘mniej wymagający poznawczo’ bywają przesądni. Zgadzam się z tym, dlatego też zachęcam Ciebie i innych wątpiących w przekaz Biblii, do zadania sobie trudu poznania materiału dowodowego, potwierdzającego autentyczność przekazu biblijnego i prawdę jego przesłania, w sposób bardziej szczegółowy niż jedynie ‘po łebkach’, lub z trzeciej ręki.

Wziąłem sobie to wszystko do serca, więc otwieram Pismo Święte i szukam próżni. Na próżno – w końcu skoro Stwórca już w Księdze Rodzaju panikuje, że Babilończycy na swoim wieżowcu wślizgną mu się do Nieba, o żadnej próżni powyżej ziemskiej atmosfery mowy być nie może. Pozostaję jednak optymistą, kulistość Ziemi na pewno się gdzieś znajdzie.

Na pierwszy ogień idzie Księga Hioba, o której autorze skądinąd wiem, że wypowiada się na temat astronomii znacznie częściej niż którykolwiek z jego kolegów. I to w jaki sposób… Pal licho, że nasza planeta ma według niego krańce, lub też – w zależności od tłumaczenia – końce (Hb 38:13); toż i po polsku mówi się przecież „na końcu świata”. Znacznie ciekawsze, że Ziemia ma w Księdze również słupy, na których się opiera i które czasami trzeszczą (Hb 9:6), czemu zresztą trudno się dziwić, zważywszy, że już za czasów Hioba nie były one pierwszej młodości. Jest wreszcie Jahwe, który przechwala się bohaterowi, że to właśnie on położył pod Ziemię kamień węgielny, zmierzył ją sznurkiem (czy to, że musiał mierzyć, nie kłóci się wierzącym z boską wszechwiedzą?) i założył na wspomniane słupy (Hb 38:4-6).

Tak ustawiona planeta była oczywiście nieruchoma, więc słońce z resztą gwiazd i planet aż do czasów Kopernika musiało fatygować się wokół niej. Albo i nie musiało, jak choćby w Księdze Jozuego, gdy na prośbę wodza cierpliwie czekało razem z księżycem, aż Izraelici i Pan Bóg (który przy okazji okazał się wybornym miotaczem głazów) wytłuką Amorytów:

I stało się, gdy uciekali przed Izraelem, bieżąc z góry do Betoron, że Pan spuścił na nich kamienie wielkie z nieba aż do Aseka, i umierali; więcej ich pomarło od kamienia, niż ich pobili synowie Izraelscy mieczem.
Tedy mówił Jozue (…) przed oczyma Izraela: Słońce w Gabaon zastanów się, a miesiącu w dolinie Ajalon! I zastanowiło się słońce, a miesiąc stanął, aż się lud pomścił nad nieprzyjacioły swymi. Izali to nie jest napisano w księgach sprawiedliwego? Tedy stanęło słońce w pośród nieba, a nie pospieszyło się zachodzić (…) przez cały dzień.
Biblia Gdańska, Joz 10:10-13.

Wszystko to jednak i tak spójne, logiczne i prawdopodobne w porównaniu z odjazdem, który dostajemy, gdy biblijni naukowcy biorą się za wyznaczanie kształtu naszej planety. Astronom z Księgi Izajasza twierdzi na przykład, że Ziemia jest dyskiem, nad którym jest z kolei rozpięty przez Jahwe „namiot niebios” (Iz 40:22). Geograf z Apokalipsy jest nieco innego zdania: według niego Ziemia ma 4 narożniki, na których stoi sobie 4 aniołów (Ap 7:1)… Jeśli chodzi o układ przestrzenny, najczęściej jest Ziemia w Biblii płaska lub lekko wypukła – diabeł w Ewangelii Św Mateusza był w stanie z jednego miejsca pokazać Jezusowi wszystkie znajdujące się na niej królestwa (Mt 4:8). Ale czasami bywa wklęsła: w końcu wody potopu zamiast się z niej wylać i podmyć trzeszczące słupy, podniosły się, aż zakryły wszystkie góry (Rdz 7:19).

Po zapoznaniu się z literaturą odpisałem więc komentującej, że ciągle czekam na materiał dowodowy, potwierdzający autentyczność przekazu biblijnego i prawdę jego przesłania, w sposób bardziej szczegółowy niż jedynie ‘po łebkach’, lub z trzeciej ręki. Lub nawet w jakikolwiek sposób. Szczególnie zależy mi na dowodzie, że Ziemia jednocześnie jest dyskiem i ma 4 narożniki (o 4 aniołach wielkodusznie nie wspomniałem). Jeśli taki dowód zostanie mi dostarczony, obiecuję, że na słowo uwierzę już nawet w to, że Jahwe istnieje i że to on zainstalował naszą wklęsłą planetę na tych trzeszczących słupach.

Ile kasy po których studiach?

Trystero to blog, który polecam, komu tylko mogę – przede wszystkim za doskonałe analizy ekonomiczne, jak również za styl pisania oraz za zatrzęsienie genialnych wykresów (ach, jak ja lubię wykresy), takich jak te w najnowszej notce o tym, po których kierunkach w Stanach najlepiej się zarabia. Notki nie będę tu streszczał, każdy może sobie kliknąć na link i ją przeczytać, ale przed przekopiowaniem głównego wykresu po prostu nie mogę się powstrzymać:

najlepsze-kierunki

Lista dotyczy tylko kierunków licencjackich, stąd nieobecność dość dobrze rokujących finansowo medycyny i prawa. Abstrahując od tego, można jednak jasno stwierdzić, że wspomniane na niej kierunki mają parę cech wspólnych. Po pierwsze: żaden nie ma nic wspólnego z humanistyką. Po drugie, wszystkie wymagają dobrej znajomości matematyki – tej samej, o prawo do niezdawania której rodzice przyszłych maturzystów toczą co roku walki z ministerstwem. Bo w końcu nie ma nic fajniejszego dla rodzica, niż pewność, że jego dziecko będzie w przyszłości biedne.

Efekt? Najczęściej wybieranymi studiami w 2008 roku były w Polsce prawo, psychologia i dziennikarstwo. Zaraz potem dreptały: bańka reklamowa pod tytułem „marketing i zarządzanie” (jak przyjemnie być narodem dyrektorów), przekazujące studentom odjechane ideologie jako wiedzę socjologia i politologia czy niczego sensownego nieuczące kulturoznawstwo (wiem, studia, na których w ramach zajęć ogląda się dzieła postimpresjonistów lub dyskutuje o Marksie, Derridzie i Naomi Klein, wydają się niektórym pociągające – tyle że na rynku pracy wiedza o tym, co Baudrillard miał na myśli pisząc o symulakrach, nie ma najmniejszej wartości, w przeciwieństwie do wiedzy o tym, jak zbudować most, podmienić fragment DNA w komórce lub zaprogramować bazę danych). W 2009, jak wszystko wskazuje, będzie podobnie, i to mimo faktu, że większość studiujących na niedających wiedzy (wyjątek prawo i – gdzieniegdzie – psychologia) i nierokujących wielkich perspektyw (jeśli – dotyczy tylko studentów prawa – nie ma się mamy notariusza lub wujka adwokata) kierunkach musi za tę przyjemność płacić z własnej kieszeni.

Tymczasem młody człowiek, który zdecyduje się na studiowanie takiej fizyki, nie dość, że ma pewność, że się dostanie na państwową uczelnię i nic nie zapłaci za studia (miejsc co roku jest więcej niż chętnych), to jeszcze może liczyć na stypendium motywacyjne od rządu: okrągłe 1000 zł (dość przyzwoita suma dla sporej liczby żaków), wypłacane co miesiąc za sam fakt bycia studentem (bez względu na średnią!). Dodajmy: studentem kierunku, po którym pracuje się w CERN-ie lub w centrali dużego banku (nawet jeśli nie miało się w niej rodzica), a nie – jak po kulturoznawstwie lub socjologii – na zmywaku w Londynie.

Mimo to chętnych brakuje. Widać po prostu lubimy zmywaki.

Brave New Limbs

Japońscy naukowcy skończyli prace nad sterowanym myślami kostiumem, który za równowartość 7 tysięcy zł miesięcznie zamieni paralityka lub 90-letnią babcię w połączenie Robocopa z iPodem:

Strój nazywa się HAL – Hybrid Assistive Limb (po naszemu: Hybrydowa Kończyna Wspomagająca) i waży ok. 20 kg. Składa się z komputera, plecaka z zasilaniem i nakładek na kończyny, których design – jak widać – inspirowały przeboje science fiction. Zasada działania urządzenia to już jednak poezja – cytuję za TVN24:

W momencie, gdy człowiek zamierza się ruszyć, jego mózg wysyła sygnały nerwowe do mięśni, które można wykryć na powierzchni skóry. Strój jest w stanie zidentyfikować ślady pozostawione przez te sygnały dzięki czujnikom podłączonym do skóry, co rozpoczyna kolejną reakcję. Sensory wysyłają informacje do jednostki energetycznej mechanicznego kostiumu, który następnie wykonuje identyczne ruchy jak właściciel. Zależnie od wersji noszonego stroju, pomnaża on siłę użytkownika od dwóch do dziesięciu razy. (…)
HAL pomaga także w wykonywaniu codziennych czynności – wstawaniu z krzesła, chodzeniu, wchodzeniu na schody oraz podnoszeniu ciężkich przedmiotów. Strój może pracować bez przerwy przez prawie pięć godzin. Pomimo swojej wagi nie obciąża użytkownika, gdyż jego mechanika sprawia, że sam utrzymuje swój ciężar.

Wszystko świetnie, tylko chodzi mi po głowie jedna funkcja, o której konstruktorzy HAL-a najwyraźniej zapomnieli. Czy ktoś wie, na jaki adres w Japonii wysłać im płytkę z filmem „Pan Kleks w Kosmosie”?

Odświeżacz wydechu

Są reklamy, przy których naprawdę nie wiadomo, komu bardziej się dziwić: temu, kto podpisał tak genialną i wizjonerską kreację, czy temu, kto za nią zapłacił?

Nawiasem mówiąc, pomysł, że metan gasi pożar to, zdaje się, niedwuznaczne nawiązanie do wywoływanego przez ten gaz efektu cieplarnianego, od którego z roku na rok nam coraz zimniej, i to mimo gorących zapewnień ekologów, że nam cieplej.

Piłeczki

Dwuczęściowy program naukowy telewizji FOX, wyjaśniający laikom, co się dzieje w mózgu i ciele mężczyzny, którego klejnoty rodzinne są zagrożone:

Nawiasem mówiąc, zdaje się, że bohaterowi – mimo że przeżył – po drugim filmie w pełni przysługuje nagroda Darwina. Szanse na przekazanie dalej swoich genów ma już bowiem nader nikłe…