The new normal ads

Zbliża się już rok, odkąd geje i lesbijki cieszą się pełną równością w dostępie do instytucji małżeństwa we wszystkich Stanach Zjednoczonych – nawet w arcykonserwatywnej Alabamie. W międzyczasie związki jednopłciowe na tyle Amerykanom spowszedniały, że już nawet w prawyborach republikańskich temat ich zakazania na nowo nikogo nie ruszał (i nie był eksploatowany przez prawie żadnego kandydata). Najbardziej jednak takie podejście widać w mediach (gdzie seriale, które kiedyś określilibyśmy jako ostre LGBT przechodzą dziś prawie niezauważane, a żeby dostać nagrodę GLAAD, trzeba być co najmniej drugim bratem Wachowskim po przemianie w siostrę) oraz w reklamach. Poniżej spot googlowego kalendarza z kwietnia:

Pal licho jednak Google’a, który od początku inwestował w wizerunek firmy otwartej i pełnej akceptacji. Przez lata matecznikiem najbardziej szowinistycznych (także pod adresem mniejszości seksualnych) treści, jakie dało się zobaczyć w reklamach, były spoty różnorakich browarów. Ze względu na target, epatowały przede wszystkim samczą, prymitywną męskością, a jeśli pojawiały się w nich wątki LGBT, to głównie obśmiać, przykuć uwagę lub pokazać, że przeciętny konsument reklamowanego trunku właśnie taki nie jest. I tu chyba mamy największą rewolucję, biorąc pod uwagę, jak dziś wyglądają reklamy na przykład takiego Bud Light:

Na koniec chciałoby się tradycyjnie westchnąć na temat tego, kiedy takie treści pojawią się w Polsce, ale jako że nasz kraj cywilizacyjnie się akurat zwija, rzec wystarczy: nieprędko. I zapewne poczekamy na nie znacznie dłużej, niż byśmy obstawiali dwa czy trzy lata temu, zanim większość wybrała miks gospodarczej komuny z mentalnym średniowieczem.

Sense8, czyli robaki umysłu

Po raz drugi w ciągu tygodnia oglądam Sense8 – bodaj pierwsze od czasów Matrixa filmowe arcydzieło Wachowskich. Zresztą, „oglądam” to mało powiedziane – kolejne sceny wkręcają się w mózg jak robaki i prześladują człowieka godzinami, gdy próbuje robić cokolwiek innego niż patrzenie w ekran na ósemkę bohaterów. Tu 2 przykłady takich brainwormów:

KARAOKE (odc. 4):

TELEPATYCZNA ORGIA (odc. 6):

Bo szef przyoszczędził…

Polska biurwokracja w praktyce: ministerstwo transportu zadekretowało, że uruchamiane na nowych liniach prywatne autobusy firmy PolskiBus nie mogą zatrzymywać się w Częstochowie i innych dużych miastach niewojewódzkich (do głowy przychodzą od razu także Radom i Kołobrzeg) – chyba, że zgodzą się na to, by ceny biletów i wysokość zniżek dyktowali im urzędnicy:

Według nowych przepisów autobusy ekspresowe mogą się zatrzymywać w 122-tys. Opolu, 119-tys. Zielonej Górze, 200-tys. Kielcach czy 198-tys. Toruniu. Ale w 240-tys. Częstochowie – już nie. (…)

Skąd dyskryminacja miast niewojewódzkich? – Wprowadzenie definicji komunikacji zwykłej, przyspieszonej, pospiesznej i ekspresowej z zastosowaniem kryteriów było niezbędne w celu precyzyjnego rozróżnienia rodzajów komunikacji, co ma znaczenie przede wszystkim dla zakresu ulg ustawowych oraz przekazywanych z budżetu państwa dopłat z tytułu stosowania tych ulg – mówi rzecznik prasowy Ministerstwa Transportu Mikołaj Karpiński [w tłumaczeniu na polski: Jeśli twój bus zatrzyma się na zbyt wielu stacjach, rząd zmusi cię do zabierania wybranych przez siebie ludzi za darmo lub półdarmo; żebyś nie był stratny, różnicę w cenie rząd zwróci ci potem z tego, co sam ludziom zabierze. – TŁ].

Jeśli przewoźnik chce mieć przystanek w mieście niewojewódzkim, to linia nie może być ekspresowa. – Zatem chcąc wykonywać przewozy m.in. przez Częstochowę, powinien uruchomić komunikację pospieszną, a nie ekspresową – mówi Karpiński.

Na linii pospiesznej PolskiBus.com musiałby respektować ulgi ustawowe – ale strat by nie ponosił, bo otrzymałby rekompensatę od skarbu państwa [Jak wiadomo, urzędnicy chętnie rozdają nie swoje pieniądze. Czasami tylko za to, że podporządkujesz się ich woli – TŁ].

Przewoźnik nie chce tych pieniędzy [i jak tu nie lubić właściciela firmy, Briana Soutera, nawet jeśli ideologicznie nie jest nam z nim po drodze? – TŁ] (…). Nowe przepisy nie pozwalają w takim przypadku otworzyć innej linii niż ekspresowa – a ta z kolei nie może mieć przystanków w miastach wojewódzkich.

Tyle w oficjalnych gazetowowyborczych komunikatach ministerstwa. Pomiędzy wierszami (i komentarzami) przekaz znacznie prostszy: Wy nam, towarzyszu Souter, nie podskakujcie. Było się szarpnąć na jakiś lepszy zegarek dla Pana Ministra, a nie po szkocku oszczędzać…