Archiwum

Archiwum kategorii ‘Historia’

Ograniczenia pi-aru

08/02/2007 19 komentarzy

Maria pozwoliła zawiązać sobie oczy chusteczką i usiadła na taborecie, wyciągając szyję; sądziła, że zostanie, jak to było w zwyczaju we Francji, ścięta mieczem. Ale kat z pomocnikiem podnieśli ją i zmusili do uklęknięcia na poduszce, po czym popchnęli tak, że głowa królowej znalazła się na pniu, a ramiona, rozkrzyżowane, podtrzymywał pomocnik. W okropnej ciszy słychać było głos skazanej, powtarzający w pośpiechu: „In Te, Domine, speravi, ne me confundas in aeternum”. Hrabia Shrewsbury drżącą dłonią dał znak. Jeszcze rozlegały się słowa: „In manus Tuas…”, gdy zabrzmiał głuchy cios siekiery.

Tak zaczyna się u biografistki Marii Boguckiej opis śmierci Marii królowej Szkotów. Wydarzenie miało miejsce 420 lat temu, 8 lutego 1587 i posłużyło za inspirację setek powieści, dziesiątków filmów i przynajmniej jednego kultowego słuchowiska radiowego:

Mało kto zdaje sobie sprawę, że egzekucja Marii Stuart w rzeczywistości wcale nie trwała krócej, niż u Pythonów. Kat, najwyraźniej zestresowany faktem, że oto ścina głowę koronowaną, za pierwszym razem w ogóle nie trafił toporem w szyje – tylko w barki. Zdenerwowany, próbował poprawić jeszcze dwa razy, głowa jednak ciągle trzymała się i wrzeszczała, a ciało rzucało się na wszystkie strony, co uniemożliwiało zadanie precyzyjnego cięcia. Zrobił się harmider, część (nielicznych) widzów natychmiast bowiem dopatrzyła się w zajściu palca Opatrzności Bożej, a część ingerencji Szatana – tak czy owak salę wypełniły histeryczne krzyki. A Maria wciąż się miotała. W końcu, już w morzu krwi, dorżnięto nieszczęśnicę znalezionym naprędce tępym nożem, co jednak wcale nie skończyło awantury. Ledwie bowiem ciało przestało się ruszać i publika zamarła, w powietrzu rozległ się przeciągły, ostry pisk. W tym samym momencie spod sukni Marii wyskoczył, skomląc przeraźliwie, mały pies. Schowany między kolejnymi warstwami sukien, towarzyszył swej pani w drodze pod topór. Teraz, oszalały z przerażenia, biegał wokół zwłok i zawodził wniebogłosy…

Opisy śmierci sławnych osób publicznych i historycznych, a nawet bohaterów mitycznych, zawsze przykuwały uwagę mas. Zwłaszcza jeśli były powody, by wierzyć, że śmierć była bohaterska i niezasłużona, a jej ofiara niewinna (lub święta) i atrakcyjna. Nie musiała to być nawet atrakcyjność fizyczna: Jan Paweł II był dla Polaków nie mniej atrakcyjny niż księżna Diana dla Brytyjczyków tylko i wyłącznie za sprawą niepospolitej charyzmy. Marii Stuart, za życia ani nie takiej pięknej (chyba że na tle dzieci Katarzyny Medycejskiej, wśród których się wychowywała), ani nieprzesadnie świętej (ze Szkocji do Anglii przegnano ją po tym, jak zleciła zamordowanie drugiego męża, a następnie – w ramach odpłaty – poślubiła mordercę), trafiła się jednak po śmierci okazja niesamowitego publicity. Król Hiszpanii Filip II, szykując się do rozprawy z Anglią, użył wszystkich propagandowych mocy, by maksymalnie nagłośnić ścięcie kobiety, której zresztą prywatnie szczerze nie znosił. Tym sposobem wkrótce po egzekucji zaroiło się w Europie od broszur poświęconych pasji pięknej i świętej katolickiej Królowej, która nie wyrzekła się wiary, za co poniosła męczeńską śmierć z ręki protestanckiego potwora zwanego Elżbietą angielską. O tym, że potwór ten był bliską krewną tudzież szwagierką arcykatolickiego monarchy (przyrodnia siostra Elżbiety, Krwawa Mary, była rodzoną ciotką i pierwszą żoną Filipa), nikt oczywiście nie wspominał.

W ten sposób królowa Szkotów – mimo że za życia niezbyt skora do przestrzegania przykazań (zwłaszcza piątego, szóstego i ósmego) i ścięta nie za wiarę, lecz za spiskowanie – stała się powszechnie znaną męczennicą i trafiła do powszechnej świadomości, gdzie do dziś siedzi.

Co ciekawe, Filipowi hiszpańskiemu cały ten drogi szum wokół śmierci szkockiej kuzynki (w ówczesnej Europie wszyscy władcy byli ze sobą spokrewnieni – ojciec Elżbiety i babka Marii też byli rodzeństwem) nie przyniósł najmniejszego pożytku: pół roku po egzekucji Marii resztki rozbitej przez wiatr i Anglików Armady (która miała przeprowadzić inwazję na Wyspy) gniły na dnie Atlantyku, Elżbieta zaś nad Tamizą dalej w najlepsze ścinała poddanych. Pamięć o staraniach Habsburga przetrwała jednak w pewnej ludowej sentencji, którą ośmielę się przytoczyć na zakończenie:

Gdy flota kiepska i wezbrane morze,
Nawet najświętszy PR nie pomoże.

Kategorie:Historia, PR

PRL-owski James Bond

04/01/2007 38 komentarzy

kasyno1maleAntylustracyjny sojusz "Gazety Wyborczej", "Niedzieli", "Polityki" i "Naszego Dziennika" ostatecznie rozgromiony przez połączone siły "Gazety Polskiej", "Wprost" i "Rzeczpospolitej". Dzięki odtajnieniu paru ciekawych dokumentów możemy się dowiedzieć, że również Polska Ludowa miała swego agenta 007 (pseud. Grey, Wysocki etc.).

Biografia faceta wygląda niemal jak życiorys Carlosa z „Tożsamości Bourne'a”: najpierw esbecka wtyczka w Kurii, potem łącznik komunistycznego wywiadu w ojczyźnie aktualnego papieża, Bawarii (punktem kontaktowym był, a jakże, kościół w Salzburgu). Gość, który miał rozpracować Radio Wolna Europa. Po zakończeniu kariery szpiega (i upadku PRL-u) na emeryturze: od 1989 rektor KUL-u, dziesięć lat później biskup płocki, w 2006 zostaje następcą Glempa (i Wyszyńskiego, który musi się teraz nieźle wiercić w grobie). Ingres w niedzielę.

A jeśli do ingresu nie dojdzie (wiele się jeszcze do niedzieli w przepastnych archiwach IPN-u znaleźć może), czeka Hollywood. Ponoć są tam dziś pewni, że przy Stanisławie Wielgusie schować się mogą i Daniel Craig, i Sean Connery.

kasyno1<