Bestia jest wewnętrzna, i prawdopodobnie ma ją w sobie każdy z nas. Na szczęście nietrudno jej się pozbyć, po prostu wypuszczając ze środka na wolność. Użyć do tego można choćby belgijskiego Humo, choć lepiej przy tym uważać: używka nie należy do najbezpieczniejszych, ba, jej producenci niedawno nawet chwalili się celebrytami, których mają na sumieniu…
Co łączy Saddama Husajna, pilotów samolotów, które uderzyły w WTC, lekarzy Michaela Jacksona i ochroniarzy prezydenta Kennedy’ego? Ano, wszyscy czytali magazyn, którego – przynajmniej według marketingowców tego magazynu – nikt na świecie czytać nie powinien. Chodzi o belgijskie HUMO – organ prasowy tak kontrowersyjny, że same jego reklamy wywołują protesty. I to nawet w ojczyźnie wolności słowa – Ameryce.
Strach myśleć, co by się działo, gdyby Jankesi czytali po niderlandzku…
Jak wszyscy wiemy, polska Izba Wydawców Prasy na przekazy sugerujące, że prasa drukowana przegra w starciu z internetem, odpowiada skargami do Rady Reklamy. Belgowie do sprawy podchodzą o niebo bardziej kreatywnie: flamandzki dziennik De Standaard wypuścił jakiś czas temu spot pokazujący, dlaczego strona www nigdy nie zastąpi ci gazety:
Na koniec westchnienie: że u nas “Nasz Dziennik” się w ten sposób nie reklamuje, od biedy jestem w stanie zrozumieć, ale “Gazeta Wyborcza” mogłaby chyba zaryzykować…
Skierowana do homoseksualnych mężczyzn kampania The First Gay, finansowana przez walczącą z HIV flamandzką organizację Sensoa:
Popsioczę teraz trochę, ale obydwa spoty (na które natknąłem się na blogu Wojtka Szota) wywołują u mnie co najmniej mieszane uczucia. OK, pomysł na pewno interesujący (jeśli nie wyrafinowany), fabuła zabawna i łatwa do zapamietania, przekaz jasny i klarowny, realizacja bez zarzutu, tylko… coś z targetem mocno mi zgrzyta. Wcale nie jestem pewien, czy wśród młodych (bo to przecież młodzi ludzie podejmują na ogół zachowania ryzykowne, i to do nich tak naprawdę ma trafić przekaz) gejów żyjących tak, jak bohater przed laty, starość nie jest uważana za coś znacznie gorszego od śmierci. I czy aby nie rozbija się o to potencjalna skuteczność całego komunikatu…
Od dziecka wmawia nam się, że to nie wygląd, lecz wnętrze definiuje człowieka. Niektórzy z nas nawet w to wierzą. Przynajmniej dopóki nie zgłosi się do nich belgijska sieć salonów optycznych OogMerk z reklamą pokazującą, jak dalece nawet tak nierzucający się w oczy gadżet, jak okulary, jest w stanie wpływać na to, jak nas widzą bliźni:
Podniecamy się tu często reklamami wirusowymi, zapominając, że mają one także słabości. Jedną z nich jest fakt, że jeśli twórca niedostatecznie powiąże opowiadaną historyjkę z reklamowaną marką, to nawet gdy efekt końcowy podbije internet, i tak pies z kulawą nogą może nie dowiedzieć się, co miało być promowane. Przestrogą dla kreatywnych niech będzie choćby zabawny kawałek o lwie i antylopie, który pod różnymi tytułami (ja odkryłem go jako It happenz only in India) od miesięcy robi furorę na głównych serwisach wideo:
Jeden rzut oka wystarcza, by stwierdzić, że to fragment jakiejś reklamy. Wyszukiwarka pozwala szybko ustalić, czyjej dokładnie – trzeba tylko w wynikach znaleźć dostatecznie długą wersję spotu.
Niestety dla Canal+, mało kto po obejrzeniu popularnego fragmentu szuka informacji o całym filmie lub jego producencie. Krótsze wersje, tak na Youtubie, jak i na Dailymotion przeważają liczebnie i, co więcej, cieszą się średnio 10 razy większą widownią. Oczywiście nie ze względu na długość – 15 sekund nie robi tu wielkiej różnicy – ale z powodu konstrukcji przekazu. Niewielu internautom chce się linkować lub wklejać na blogi film, którego twórca już w połowie daje pointę, po czym przez resztę czasu zachwala swój produkt w jakimś egzotycznym języku. Jeżeli w dodatku wklejenie tylko pierwszej połówki lub tylko pointy jest równie proste, co wklejenie całości, marketingowa klęska tak skonstruowanego virala wydaje się pewniakiem. W ramach podsumowania można dodać, że kończy on wtedy, jak dzisiejsza bohaterka (antylopy są rodzaju żeńskiego) po starciu z drzewem, które przecież nietrudno było ominąć…
Seksistowski szowinizm czy okrutna prawda o płci brzydkiej? Wskazywanie szans czy nachalna promocja rozwodów? Cokolwiek by to było, trudno obok kultowej ostatnio reklamy belgijskiego towarzystwa ubezpieczeniowego Mercator przejść obojętnie:
I chyba równie trudno dać jej się przekonać, zwłaszcza że i treść, i forma przekazu w istocie nijak się mają do reklamowanego produktu (pokażcie mi kobietę, która nie wie, że nawet najwytworniejszy elegancik po roku wspólnego mieszkania przeistacza się w duże prosię, i która tylko z tego powodu będzie się chciała z domu wyprowadzać). No, ale czasami właśnie o to chodzi…
Wqzieswq, blogq do niedwieli::: Ktos zplyzozy z Brukseli upqdl kiedys nq gloze; dwieki cwe,u klqziqtury z stolicy Europy ,qjq poprwestqziqne ziekswosc liter: Tz,cwqse, cwqsu nq prweprogrq,ozqnie sobie z glozie ,qpy prwyciskoz nq rqwie deficyt:::
Najświeższe uwagi