Archiwa miesięczne: Październik 2009
Agent Tomek w „South Parku”
Butters’ Bottom Bitch ma już tydzień. Do historii przejdzie jako jeden z najbardziej szokujących odcinków „Miasteczka South Park”. Historia dziewięciolatka (do tej pory najbardziej niewinnego i naiwnego z bohaterów kreskówki), który rozkręca pierwszy w życiu biznes (sprzedaż usług seksualnych starszych i młodszych koleżanek), zgorszyła niemal wszystkich, którzy serialu nie oglądają. Dla regularnych widzów i fanów (grupa demograficzna 15-35 lat, z przewagą heteroseksualnych mężczyzn) twórcy mieli jednak w zanadrzu coś znacznie mocniejszego: poboczny wątek współczesnego Brudnego Harry’ego, który w walce z rakiem zorganizowanej prostytucji dosłownie i w przenośni nie cofnie się przed niczym.
Nawet przed grubymi nićmi szytą prowokacją:
OK, ja wiem, że Matt i Trey sporo czytają, są ostrzy jak brzytwa i dbają o to, by każdy odcinek był maksymalnie aktualny. Ale satyra na CBA z gościem w aucie w roli Sawickiej i bractwem studenckim jako metaforą polskiego showbiznesu? No way!
Zapach kobiety pracującej
Australijska kampania nowej linii zapachowej Ambi Pur, którą zwąchałem dziś na blogu Czarno na białym. Sam produkt już wkrótce do dostania i w naszej Sephorze…
Hazard i degustacja
Proroczy (bo sprzed prawie dwóch miesięcy) spot betsafe.com, obecnego także w Polsce portalu przyjmującego zakłady w dziedzinach takich, jak sport i polityka. W roli liderów PO para gotowych na wszystko naturszczyków, w roli Rysia anonimowa mewa:
Prawda GW i prawda rozkładu
„Gazeta Wyborcza” z hukiem otrąbiła koniec stacji we Włoszczowie:

Jako mieszkaniec okolic Włoszczowy, który większość życia spędza w stolicy, przeraziłem się nie na żarty. Na szczęście jedno krótkie zerknięcie do rozkładu na stronie PKP uspokoiło mnie, że prawdy w doniesieniu „Gazety” tym razem tyle, co zwykle:

Oczywiście, informacja, która posłużyła do sformułowania śmiałej tezy o „końcu Włoszczowy”, częściowo nie jest nieprawdziwa – pociąg „Augustyn Kordecki” rzeczywiście zlikwidowano. Po pierwsze jednak nigdy nie był to ekspres, tylko tzw. TLK (skrót przewrotnie rozszyfrowywany jako „Tanie Linie Kolejowe”, oznacza pociągi pospieszne spółki PKP InterCity nieco tańsze od standardowych składów InterCity, za to znacznie droższe od „zwykłych” pospiesznych i wszystkiego, co oferuje konkurencja). Po drugie: wycofano go ponad miesiąc temu, a w GW zauważono to nagle dopiero teraz. Po trzecie, jak widać na powyższym rozkładzie, pociągów porannych we Włoszczowie przybyło – za sprawą konkurencji (PKP Przewozy Regionalne). W istocie zastąpienie jednego połączenia porannego (sytuacja w czasach Gosiewskiego, który „wymusił” pociąg na PKP) dwoma równie szybkimi choć tańszymi (sytuacja aktualna) trudno nazwać końcem dworca. Rzekłbym nawet, iż wręcz przeciwnie.
W jednym tylko wypada się z artykułem zgodzić. Ekspresami z Włoszczowy do Warszawy faktycznie prawie nikt ostatnio nie jeździ. Mieszkańcom pogranicza województw świętokrzyskiego, łódzkiego i śląskiego, którzy do stolicy mają teraz w ciągu dnia 3-4 pospieszne pociągi InterRegio (żadnych stacji po drodze do Warszawy, czas podróży: 2 godziny, cena biletu: 28 zł – i najlepsze: do ich uruchamiania nikt z PiS-u spółki PKP Przewozy Regionalne nie zmuszał!), niespecjalnie chce się płacić 73 zł za podróż w tych samych warunkach w porównywalnym czasie (półtorej godziny rozkładowej jazdy plus standardowe pół godziny opóźnienia), tyle że z adnotacją w rozkładzie, że ekspres. Niestety, jedyny dający się wyciągnąć z informacji wniosek: że spółka PKP InterCity przegrała we Włoszczowie konkurencję z PKP Przewozy Regionalne, nijak nie pozwala na przywalenie Kaczyńskim i Gosiewskim, więc go skrzętnie przemilczano.
Twardzi i genialni
Czasami lepiej robić wszystko na ostatnią chwilę: ze sztabu Platformy Obywatelskiej wyciekły plakaty reklamowe, których partia Zbysia i Grzesia planowała użyć w kampanii przed przyszłorocznymi wyborami samorządowymi. Jako pierwszy opublikował je w necie anonimowy bloger Harcerz.
Przekaz PO, jak widać poniżej, miał tym razem trafić przede wszystkim do wszechstronnie wykształconych mieszkańców dużych miast. Stąd intertekstualne aluzje do klasyki światowej kinematografii, ze specjalnym uwzględnieniem reżyserów takich jak Coppola, Stone i Machulski:


Oczywiście, PO nie byłoby ugrupowaniem kierowanym przez „Najwybitniejszego Męża Stanu w historii Polski, dotkniętego przez Pana Boga geniuszem i nieprawdopodobną intuicją” (Sławomir Nowak o Donaldzie Tusku), gdyby nie dywersyfikowało przekazów w stosunku do rożnych segmentów demograficznych. Nawet tych segmentów, których teoretycznie nie trzeba przekonywać, bo stanowią żelazny elektorat partii. Przykładem odważny plakat skierowany do najmłodszych wyborców:

Queer as smoke
Jak zrobić przekaz antynikotynowy, który rzeczywiście odniósłby skutek wśród nastolatków? Na chłopców w wieku gimnazjalnym na ogół nie działa straszenie chorobami, które na skutek palenia dadzą im się we znaki za 50 lat. Ba, jeśli już działa, to raczej w odwrotnym kierunku, niż chcieliby pedagodzy i rodzice: choroba to ryzyko, podejmowanie ryzyka to z kolei najlepsza droga do wysokiego statusu w złożonej z młodych mężczyzn grupie rówieśniczej.
Najlepszą metodą wydaje się w takich warunkach przekonać młodych palaczy, że papieros to obciach, nawet grając przy okazji na najniższych emocjach. Tego zadania podjął się właśnie w Stanach pewien uwielbiany specjalista od marketingu…
Oczywiście, przedstawiony film naprawdę nie jest częścią żadnej antypapierosowej kampanii społecznej (której pomysłodawca zamiast chodzić po programach śniadaniowych, musiałby się teraz ukrywać przed bojówkami politycznej poprawności), tylko satyrą firmowaną przez The Onion. Co zresztą wcale nie znaczy, że, pokazany współczesnym amerykańskim nastolatkom na serio, nie byłby wściekle skuteczny.
Najdziwniejsze jednak, że – wbrew temu, co nam się może wydawać w pierwszej chwili i co by przy okazji powtarzali jak mantrę gejowscy aktywiści – sam przekaz na dobrą sprawę z nikogo homofoba by nie zrobił. Co najwyżej nie zadziałałby na nie-homofobów. Ale od kiedy reklama musi działać na wszystkich?
13-tka na 13-tego
Polak potrafi… Na Diggu furorę robi dziś zestawienie 13 największych zboków w historii Hollywoodu. Wygrał oczywiście Nasz Wielki Rodak, dystansując przy okazji takie sławy jak Michael Jackson, Hugh Grant czy George Michael (który, mimo częstych eskapad po kalifornijskich wychodkach, w ogóle nie załapał się na listę). Jerry Lee Lewis, który swoją 13-letnią siostrzenicę, Myrę Gale Brown, po bożemu przed bzyknięciem zaślubił (w 1957 było to w Stanach legalne – w końcu, wbrew temu, w co chcieliby wierzyć współcześni konserwatyści, zakaz małżeństw i seksu z nastoletnimi dziewczynkami wywalczyli w cywilizowanym świecie nie księża, pastorzy i imamowie, tylko bojowniczki o prawa kobiet i reszta „zepsutej” lewicy) zajął dopiero 3 miejsce. Woody Allen, którego długoletnia partnerka Mia Farrow przyłapała na romansie ze swą córką, Soon-Yi Previn, musiał zadowolić się miejscem nr 9 – i to ponoć tylko dlatego, że młoda Koreanka została potem jego oficjalną małżonką.
Co zresztą pokazuje, że może i dla Polańskiego nie jest jeszcze za późno. Tylko trzeba by szybciutko rozwieść się z Emmanuelle Seigner, zapłacić Samancie Gailey kolejne pół miliona za podróż do Szwajcarii i szybki ślub – a potem przekonać kalifornijskie sądownictwo, że skoro nic nie zrobiło Jerry’emu i Woody’emu, męczenie Romka za seks z aktualną żoną zakrawa na antysemityzm. W stanie, w którym z uwagi na chęć uniknięcia zarzutu o dyskryminację Czarnego, uniewinniono OJ Simpsona, zapewne to przejdzie.
Za co Barack Obama dostał Nobla?
Pytanie, które nurtuje dziś świat prawie tak mocno, jak: „Dlaczego Obama, a nie Tusk?”. Tymczasem odpowiedzi już 4 miesiące temu udzielili politolodzy z JibJab:
Najmniej wybór Norweskiego Komitetu Noblowskiego zdziwił Amerykanów, którzy doskonale wiedząc, na co stać ich prezydenta, takiego właśnie obrotu spraw się spodziewali. A teraz nie mają wątpliwości, że świeżo upieczony noblista w najbliższych miesiącach zdobędzie także Pulitzera, Oscara za najlepszą rolę pierwszoplanową, 10 medali olimpijskich i tytuł Miss Świata.
Szkoła z jajami
Pedagogiczne realia w Australii i placówka edukacyjna, która próbuje je okiełznać. Nawet jeśli samo nagranie (które robi ostatnio furorę w anglojęzycznym necie) to fake, i tak wystarczająco mówi o tym, ile już wkrótce będą warte dyplomy ukończenia jakichkolwiek szkół (w tym polskich zerówek, w których nauczycielom nie wolno uczyć dzieci czytać ani pisać; swoją drogą czy fakt, że odpowiedzialna za to pani minister jako niemal jedyna z platformowej wierchuszki utrzymała się w rządzie po środowej rzezi, nie zakrawa na jeszcze większy absurd?) w świecie, w którym dobre samopoczucie dziecka i samozadowolenie rodzica już dawno stały się ważniejsze od nauczenia kogokolwiek czegokolwiek.
Państwo zadecyduje, czy możesz być matką?
Jęczymy, że w Polsce chce się opodatkować przysługi wyświadczane sobie nawzajem przez sąsiadów i znajomych, a tymczasem w takiej Wielkiej Brytanii za to samo władzunia już regularnie ściga obywateli – w tym matki opiekujące się dziećmi. Na razie, co prawda, tylko dziećmi znajomych (a co, opieka nad własnym nie jest przysługą?) – ale przecież nawet w ojczyźnie George’a Orwella od czegoś trzeba zacząć…
Historia, na która natknąłem się pierwotnie w Daily Mail, zaczęła się, gdy dwie 32-letnie dziś policjantki z Aylesbury, Lucy Jarrett (na zdjęciu) i Leanne Shepherd umówiły się na wzajemne doglądanie swoich pociech. Obie – jako świeżo upieczone matki – pracowały po dwa dni w tygodniu, nie sprawiło więc wielkiego problemu takie ustawienie grafików pracy, by za każdym razem, gdy jedna była w pracy, druga mogła siedzieć z dziećmi. Wszystko skończyło się jednak, gdy po dwóch latach pewna życzliwa dusza z sąsiedztwa doniosła na obie panie do lokalnej komórki Ofstedu (Office for Standards in Education, Children’s Services and Skills – brytyjski urząd zajmujący się kontrolą szkół i rodziców, utworzony w 1993 przez zaczytujących się w Orwellu konserwatystów Majora). Urząd zarządził kontrolę i szybko ustalił, że obie kobiety bez licencji niani i odprowadzania podatków świadczą sobie wzajemnie usługi, których ceny rynkowe zaczynają się od 200 funtów miesięcznie. Policjantki, zapewne ze względu na umocowanie w lokalnej społeczności, nie poszły jeszcze siedzieć, musiały jednak zakończyć współpracę i zacząć odstawiać potomstwo do profesjonalnych żłobków. Wciąż grozi im jednak, że staną przed sądem za prowadzenie niezarejestrowanej działalności związanej ze świadczeniem usług babysitterskich bez stosownej licencji.
Jak już zaznaczyłem na początku, jedno mi tylko w całej sprawie nie pasuje. Jak na mój rozum, by prawo było spójne, Rząd Jej Królewskiej Mości powinien wymagać takiej licencji od każdej kobiety, która zechce zajmować się dzieckiem. Także własnym. Można by przy okazji nakładać na matki podatek od czasu spędzonego z potomstwem (korzyść dziecka, za którego zobowiązania finansowe odpowiada przecież rodzic). Zaś te, które nie zdadzą egzaminu na matkę lub „zapomną” zapłacić podatek, pozbawiać praw rodzicielskich. I nie mówcie mi, że to nie przejdzie, bo kilka tygodni temu (czyli także przed sławetną wykładnią Izby Skarbowej w Katowicach), gdyby mi ktoś zaczął opowiadać historię opisaną w artykułach, popukałbym się z niedowierzaniem w czoło.
Ciekawe, kiedy brytyjscy prawodawcy wprowadzą w życie wymienione pomysły. I czy aby przy okazji uchwalą jakąś rzecz, której nie jestem sobie jeszcze w stanie wyobrazić…
Nic się nie stało?
I wyleciał Schetyna tak, jak przewidywano (sondaże nie pozostawiały wątpliwości, że lud domaga się głów – a PO już przestała ukrywać, że kolejnymi krokami jej kierownictwa kieruje coś innego niż sondaże), pociągając za sobą pół rządu. Plan całościowy, z którym wychodzą teraz sztabowcy Platformy, wygląda na diaboliczny, ale może być wściekle skuteczny. Bo trudno ukryć, że odwołanie połowy gabinetu (w tym drugiego po Bogu) tylko po to, by narobić jak najwięcej szumu, który zagłuszy wyskrobanie Kamińskiego, przejęcie CBA i ukręcenie głowy całej sprawie, to rewolucja, brawura i postawienie wszystkiego na jedną kartę. Powodzenie całej akcji zależy jednak od dwóch rzeczy, nad którymi rząd nie ma kontroli i których scenariusz trudno w tej chwili przewidzieć: na co rzucą się dziennikarze (tzn. czy w nagłówkach głównych mediów dostaniemy „Przetasowania w rządzie” czy „PO przejmuje CBA”) i jak krok premiera zareaguje opinia publiczna: czy kupi wersję PiS (dymisje ministrów jako przyznanie się do winy) czy też wersję PO (dymisje jako wyraz dążenia, by każdy minister był czysty jak kryształ).
Równie ciężko w tym momencie stwierdzić, jak dzisiejsze przetasowanie przełoży się na rzeczywisty układ sił w Platformie. Wpływy Schetyny, Drzewieckiego i spółki (Chlebowskiego wyłączam, ale w końcu on tu całego piwa nawarzył, i tego koledzy już mu pewnie nie zapomną) mogły się równie dobrze zmniejszyć, co pozostać nienaruszone. Kaczyński za Marcinkiewicza i Krzaklewski za Buzka (by nie sięgać pamięcią zbyt daleko) w rządzie nie byli, a i tak nikt nie ma wątpliwości, kto wówczas podejmował kluczowe decyzje. W końcu żyjemy w państwie, w którym rola polityka wynika nie z zajmowanego przez niego stanowiska w państwie, tylko z miejsca, które zajmuje w koleżeńskiej hierarchii grupy trzymającej władzę w tej, czy innej partii. A to miejsce nie zmienia się z dnia na dzień wraz z wybuchami kolejnych afer czy wahnięciami w sondażach.

