Porno z Hitlerem

Niemiecka kampania „Aids ist ein Massenmörder” ledwie wystartowała, a już głośno o niej na całym świecie (w Polsce poświęciły jej dziś artykuły m.in. Gazeta Wyborcza i Pardon). Najwiecej kontrowersji film (jak również towarzyszące mu plakaty ze Stalinem i Saddamem Husajnem) wzbudza oczywiście za Odrą. Jedną z nich jest pytanie, czy godzi się (i to w okolicach 70 rocznicy wybuchu II wojny światowej) straszyć ludzi Hitlerem lub Stalinem (Husajn to mimo wszystko jednak nie ta liga), porównując obu mężów stanu z paskudnym wirusem.

Sam mam wątpliwości, zwłaszcza że trudno zaprzeczyć, iż metafora jest dosyć kulawa. W końcu żeby zarazić się HIV w dzisiejszym świecie, po pierwsze trzeba tego chcieć (a przynajmniej nie mieć nic przeciwko temu), a po drugie – należy podjąć w celu zarażenia się pewne kroki (choroba nie przyjdzie do człowieka sama), np. używać strzykawek wspólnie z innymi narkomanami lub bzykać się bez prezerwatyw z osobami pozostającymi w grupie ryzyka. Zresztą, nawet gdy się już wirusa złapie, w krajach rozwiniętych, takich jak Niemcy i Polska, można z nim przeżyć nawet do 50 lat, hojne rządy gwarantują  bowiem zarażonym terapie na koszt zdrowych podatników. W istocie morderczość AIDS w Europie Zachodniej plasuje się dziś gdzieś w połowie drogi między morderczością zwykłej grypy a morderczością cukrzycy.

Tymczasem Hitler i Stalin wykańczali ludzi wbrew ich woli i nie za zachowania, tylko za to, kim ci ludzie byli: Żydami, Polakami, gejami, kułakami, kapitalistami czy nawet socjalistami z konkurencyjnych skrzydeł ich własnych partii. Śmierć na ogół była pewna i nieunikniona, z jej zadawania, przynajmniej w III Rzeszy i ZSRR, zrobiono bowiem dobrze funkcjonujący przemysł. Dlatego mogę zrozumieć, że ci, którzy cudem przeżyli te prześladowania, lub ci, których najbliżsi ich nie przeżyli, mogą czuć dyskomfort, oglądając podobne spoty i plakaty.

I choćby dlatego przed ich wypuszczeniem należało się dwa razy zastanowić.

Golasy

Witold Świętnicki (człowiek, jak na polskiego reżysera, bardzo rozsądny) nakręcił w 2000 roku mało śmieszną komedię Golasy. Akcja filmu toczyła się w zwykłym polskim urzędzie, pełnych zwykłych polskich urzędniczek i urzędników, spędzających – jak to urzędniczki i urzędnicy – czas na piciu kawy, plotkowaniu, oglądaniu telewizji i wrzeszczeniu na interesantów. Obraz nie odstawałby estetycznie od przeciętnego odcinka popularnego wówczas Big Brothera (tyle że z nieco starszą obsadą), gdyby nie fakt, że wszystkie biurwy i pierdzistołki (kto widział film, wie, że to i tak delikatne określenia w stosunku do bohaterów) od początku do końca występowały w nim nago, a typ urody i poziom atrakcyjności paru głównych bohaterek wykluczał uznanie filmu za pornografię nawet dla gerontofilów-masochistów. Nic dziwnego, że film szybko dostał etykietkę dzieła wybitnie artystycznego, a dystrybutorzy (nie stroniący przecież od nagości w kinie) uciekali na jego widok gdzie pieprz rośnie.

Przez lata niedoceniana, dziś niemal doszczętnie zapomniana perła polskiej kinematografii odnosi teraz spóźniony sukces. Filmem zainteresowali się Brytyjczycy, i to na tyle, że postanowili nakręcić jego remake. Z kilkoma kosmetycznymi poprawkami: bohaterowie są ciut młodsi i noszą cenzuralne bokserki, figi i staniki, akcję z zalatującego peerelem urzędu przeniesiono w bardziej atrakcyjne lokalizacje, całość zaś jest znacznie krótsza. Jeśli jednak weźmiemy pod uwagę efekt artystyczny, estetyczny i komercyjny, wydaje się, że autorom klipu udało się osiągnąć poziom oryginału:

Czy mogę?

Znów w temacie mniej i bardziej skutecznych kampanii społecznych: spot „Sinead’s Hand”, wykopany dziś na Pardonie przez Martę Wawrzyn:

Irlandzka kampania, sygnowana przez lokalny oddział Marriage Equality, stawia na argument, po który zwolennicy zniesienia zakazu małżeństw jednopłciowych wielokrotnie już sięgali, zwłaszcza w dyskusjach z konserwatywnymi liberałami: dlaczego, skoro większość ludzi może zawierać śluby bez pytania o zgodę swych sąsiadów lub nieznajomych, wyróżniać małą grupę, której pod pretekstem tej samej płci zabrania się takich związków? Ograna publicystyczna klisza, zostaje tu jednak bardzo sympatycznie zwizualizowana, dzięki czemu zaczyna żyć własnym życiem. W efekcie dostajemy przekaz równie świeży, co przekonujący.

Skórzakiem być…

Czy może raczej „skórzaczką”? Bez względu na rodzaj gramatyczny i płeć, czarna skóra od lat stanowi seksualny fetysz, nic więc dziwnego, że pierwsze, co przyszło do głowy copywriterowi, było troszkę kinky. Niestety, najwyraźniej nikt po drodze nie zapytał, czy aby na pewno skórzana kurteczka jest aż tak istotna w tej historii…

Skuteczność po niemiecku

Stara (bo przynajmniej sprzed dwóch lat – w świecie marketingu to wieczność) reklama społeczna zza Odry, wygrzebana przez niezastąpionego na polu wygrzebywania takich reklam Abiekta:

Przekaz niezbyt subtelny, ale nie oszukujmy się: targetem kampanii nie byli profesorowie uniwersytetów, tylko zwykły przeciętny Schmidt. Pomysł na spot też niespecjalnie skomplikowany: Schmidt miał zobaczyć, jak to byłoby oberwać w mordę za to, że jest się stereotypowym samcem, ceniącym oznaki swej heteroseksualności (dzidziuś), męskości (auto) i sukcesu (puchar). I zastanowić się, gdy następnym razem najdzie go ochota przywalić gejowi.

Całość wychodzi o niebo lepiej, niż wszystko, na co w Polsce wpadła i wpadnie KPH, ale kto wie, może w Niemczech kampanie społeczne robi się po to, by rzeczywiście zmieniać postawy… U nas, jak wiadomo, raczej by to nie przeszło, w końcu z czegoś trzeba żyć, a gdyby nie było homofobii, kto by na jej zwalczanie dał działaczowi pieniądze?