Sklonujmy Jezusa!

W Sokółce na Podlasiu hostia przemieniła się w ludzkie serce. Świętują parafianie, ale jeszcze bardziej cieszą się naukowcy: w końcu jeśli z komórek wyglądającego na dość świeży organu (co do którego nikt nie ma wątpliwości, do kogo należał) uda się wyodrębnić DNA, będzie można je zanalizować i wreszcie odpowiedzieć na pytania, które nurtują ludzkość od prawie dwóch tysiącleci. Zwłaszcza na to najważniejsze: czy ojcem Jezusa był człowiek, czy też może jakaś istota pozaziemska.

Zresztą, na tym zapewne się nie skończy. Skoro od dawna klonujemy koty, myszy i owieczki, cóż stoi na przeszkodzie, byśmy zreplikowali najdoskonalszą według chrześcijan istotę, jaka kiedykolwiek chodziła po powierzchni Jeziora Galilejskiego? Miało by to same zalety: nie dość, że wciąż jest na świecie sporo chorób, których leczyć nie potrafimy i z których Chrystus mógłby hurtowo uzdrawiać, nie dość, że do niektórych partii Afryki bardziej niż żywność opłacałoby się transportować specjalistę od jej cudownego namnażania, to wreszcie sam autor mógłby nam bez pośrednictwa papieża i księży wyjaśniać, co dokładnie miał na myśli, mówiąc to lub tamto w Ewangeliach.

To kto jest za?

Wklęsła Ziemia, czyli astronomia w Biblii

Rzadko odnoszę się na stronie głównej do tego, co znajdę w komentarzach, ale dziś zrobię wyjątek, po tym, jak w dyskusji pod postem, który już zszedł z pierwszej strony (co poważnie zmniejszyło szanse, że dyskusję zobaczy ktoś spoza wąskiego grona dyskutujących), znalazłem wypowiedź pewnej częstej komentatorki podpisującej się imieniem Bianka:

Tomku, w Biblii nigdzie nie jest napisane, że Ziemia jest płaska, wręcz przeciwnie, zanim ktokolwiek odkrył, że Ziemia jest kulą, Biblia już o tym poinformowała, jak również o fakcie, że unosi się w próżni.. nie wiedziałeś o tym, prawda? [nie wiedziałem - TŁ] : ) A ponieważ Biblia nie myli się w tej kwestii, jest logicznym, iż nie należy podważać informacji o dziele stworzenia świata [jakoś logiki nie widzę w tym, by z tego, że ktoś raz się nie pomylił, wyciągać wniosek, że nie myli się nigdy, ale mniejsza o to, nie jest to wszak wcale najsłabszy punkt wywodu - TŁ]. Ja przynajmniej tego nie robię. (…)
W jednej z wypowiedzi telewizyjnych stwierdziłeś, że ludzie ‘mniej wymagający poznawczo’ bywają przesądni. Zgadzam się z tym, dlatego też zachęcam Ciebie i innych wątpiących w przekaz Biblii, do zadania sobie trudu poznania materiału dowodowego, potwierdzającego autentyczność przekazu biblijnego i prawdę jego przesłania, w sposób bardziej szczegółowy niż jedynie ‘po łebkach’, lub z trzeciej ręki.

Wziąłem sobie to wszystko do serca, więc otwieram Pismo Święte i szukam próżni. Na próżno – w końcu skoro Stwórca już w Księdze Rodzaju panikuje, że Babilończycy na swoim wieżowcu wślizgną mu się do Nieba, o żadnej próżni powyżej ziemskiej atmosfery mowy być nie może. Pozostaję jednak optymistą, kulistość Ziemi na pewno się gdzieś znajdzie.

Na pierwszy ogień idzie Księga Hioba, o której autorze skądinąd wiem, że wypowiada się na temat astronomii znacznie częściej niż którykolwiek z jego kolegów. I to w jaki sposób… Pal licho, że nasza planeta ma według niego krańce, lub też – w zależności od tłumaczenia – końce (Hb 38:13); toż i po polsku mówi się przecież „na końcu świata”. Znacznie ciekawsze, że Ziemia ma w Księdze również słupy, na których się opiera i które czasami trzeszczą (Hb 9:6), czemu zresztą trudno się dziwić, zważywszy, że już za czasów Hioba nie były one pierwszej młodości. Jest wreszcie Jahwe, który przechwala się bohaterowi, że to właśnie on położył pod Ziemię kamień węgielny, zmierzył ją sznurkiem (czy to, że musiał mierzyć, nie kłóci się wierzącym z boską wszechwiedzą?) i założył na wspomniane słupy (Hb 38:4-6).

Tak ustawiona planeta była oczywiście nieruchoma, więc słońce z resztą gwiazd i planet aż do czasów Kopernika musiało fatygować się wokół niej. Albo i nie musiało, jak choćby w Księdze Jozuego, gdy na prośbę wodza cierpliwie czekało razem z księżycem, aż Izraelici i Pan Bóg (który przy okazji okazał się wybornym miotaczem głazów) wytłuką Amorytów:

I stało się, gdy uciekali przed Izraelem, bieżąc z góry do Betoron, że Pan spuścił na nich kamienie wielkie z nieba aż do Aseka, i umierali; więcej ich pomarło od kamienia, niż ich pobili synowie Izraelscy mieczem.
Tedy mówił Jozue (…) przed oczyma Izraela: Słońce w Gabaon zastanów się, a miesiącu w dolinie Ajalon! I zastanowiło się słońce, a miesiąc stanął, aż się lud pomścił nad nieprzyjacioły swymi. Izali to nie jest napisano w księgach sprawiedliwego? Tedy stanęło słońce w pośród nieba, a nie pospieszyło się zachodzić (…) przez cały dzień.
Biblia Gdańska, Joz 10:10-13.

Wszystko to jednak i tak spójne, logiczne i prawdopodobne w porównaniu z odjazdem, który dostajemy, gdy biblijni naukowcy biorą się za wyznaczanie kształtu naszej planety. Astronom z Księgi Izajasza twierdzi na przykład, że Ziemia jest dyskiem, nad którym jest z kolei rozpięty przez Jahwe „namiot niebios” (Iz 40:22). Geograf z Apokalipsy jest nieco innego zdania: według niego Ziemia ma 4 narożniki, na których stoi sobie 4 aniołów (Ap 7:1)… Jeśli chodzi o układ przestrzenny, najczęściej jest Ziemia w Biblii płaska lub lekko wypukła – diabeł w Ewangelii Św Mateusza był w stanie z jednego miejsca pokazać Jezusowi wszystkie znajdujące się na niej królestwa (Mt 4:8). Ale czasami bywa wklęsła: w końcu wody potopu zamiast się z niej wylać i podmyć trzeszczące słupy, podniosły się, aż zakryły wszystkie góry (Rdz 7:19).

Po zapoznaniu się z literaturą odpisałem więc komentującej, że ciągle czekam na materiał dowodowy, potwierdzający autentyczność przekazu biblijnego i prawdę jego przesłania, w sposób bardziej szczegółowy niż jedynie ‘po łebkach’, lub z trzeciej ręki. Lub nawet w jakikolwiek sposób. Szczególnie zależy mi na dowodzie, że Ziemia jednocześnie jest dyskiem i ma 4 narożniki (o 4 aniołach wielkodusznie nie wspomniałem). Jeśli taki dowód zostanie mi dostarczony, obiecuję, że na słowo uwierzę już nawet w to, że Jahwe istnieje i że to on zainstalował naszą wklęsłą planetę na tych trzeszczących słupach.

Is it a choice?

Dyskusja pod wpisem o uśmierceniu dziecka jako metodzie ochrony przed adopcją przez dwóch gejów (tudzież linia argumentacji Bianki) przypomniała mi, że kiedyś planowałem pokazać tu pewien amerykański dokument o racjonalności opartych na Piśmie Świętym i teoriach Freuda przekonań, które część Amerykanów (i większość Polaków) żywi na temat homoseksualizmu. Zeszło trochę, niemniej co się odwlecze to nie uciecze, poza tym wreszcie mam komu (tak, tak, Biance) zadedykować emisję…

Piraci, fiskus i Pawka Morozow

W walce z wymianą plików przez użytkowników internetu, coraz bardziej przypominającej walkę z wiatrakami, każdy orze jak może. Tacy Francuzi, kiedyś naród Deklaracji Praw Człowieka i Obywatela, łapkami deputowanych z partii Sarkozy’ego pozwolili tydzień temu za ściąganie filmów z rapidszerów i torrentów zamykać się w więzieniach. W Polsce, jak zwykle, gorzej, bo tu zlecenie na „piratów” dostała instytucja, przy której policja i więziennictwo to pryszcze: fiskus. I teraz Urząd Kontroli Skarbowej straszy, że każdemu, kto ściągnie z Sieci coś nielegalnie (lub nawet legalnie, lecz nie płacąc), każe zapłacić nie tylko VAT uzależniony od rynkowej wartości produktu, ale i 75-procentowy PIT od zatajonego zarobku. Kto bowiem wszedł za darmo w posiadanie czegoś, za co inni bulą ciężką kasę, siłą rzeczy wzbogacił się – czyli popełnił czyn, za który polskie urzędy skarbowe karzą równie dotkliwie, jak za wymianę usług sąsiedzkich, pomoc potrzebującym i wszelkie inne zachowania prospołeczne.

Swoją drogą, miłosierny Samarytanin i uratowany przez niego w Nowym Testamencie wędrowiec mieli jednak szczęście, że nie żyli w naszym chrześcijańskim kraju, podobnie jak potrzebujący, dla których Jezus rozmnażał chleb i ryby, czy chorzy, których uzdrawiał. Już widzę, jak polskie Urzędy Skarbowe pierwszym naliczają podatek od rynkowej wartości tego, co zjedli, drugim – od nominalnej ceny leków na choroby, z których cudem wyzdrowieli, a samego Jezusa wysyłają na krzyż za wielokrotny współudział w przestępstwach skarbowych…

Wróćmy jednak do piractwa w sieci. I francuskich, i polskich instytucjonalnych wrogów wolności wymieniania się plikami przebili Meksykanie, którzy w nierównej walce z plagą XXI wieku postanowili sięgnąć po metody opracowane osobiście przez największego w historii teoretyka praworządności, Józefa Stalina… I uderzyć w dzieci. Zaczęło się od tego, że w styczniu pojawiły się w tamtejszej TV w najlepszym czasie antenowym sponsorowane przez lokalny ZAiKS, CANACINE, reklamy społeczne, których zadaniem było uświadomić najmłodszym, jakim wstydem i obciachem jest w jednym z biedniejszych krajów świata posiadanie rodziców, którzy gromadzą w domu nielegalne kopie przebojów filmowych:

Drugie uderzenie nastąpiło w zeszłym tygodniu, gdy organizacja Instituto Mexicano de la Propiedad Industrial (IMPI) rozpoczęła trzecią edycję konkursu „Dzieci przeciw piractwu”. Według regulaminu, przystąpić do niej może każdy mały Meksykanin, który namaluje obrazek, przedstawiający, w jaki sposób łamie się prawa autorskie w jego najbliższym otoczeniu (w domu, rodzinie, wśród znajomych i najbliższych), i wyśle ten obrazek do IMPI, najlepiej z dokładnym opisem przestępstwa i adresem zwrotnym. Na małych kapusiów czeka potem chwała i rozgłos na miarę Pawki Morozowa (dziecięcy bohater z radzieckich bajek, który z miłości do Stalina donieść miał komunistom, że jego ojciec pomaga uciekającym z łagrów; gdy ojca zabito, chłopiec zginąć miał z rąk swych zaślepionych żądzą zemsty krewniaków, stając się dzięki temu pierwszym sowieckim dzieckiem-męczennikiem), IMPI tymczasem zatroszczy się o ich rodziny.

Pierwsze łagry i masowe rozstrzelania zidentyfikowanych w ten sposób internetowych kułaków zapewne już wkrótce.

A ja mam dziabąga

Koncept – to to, co we współczesnej reklamie liczy się najbardziej. Przekaz ma być po pierwsze świeży i oryginalny, po drugie chwytać (w ostateczności nawet za serce), a po trzecie być na tyle charakterystyczny, by łatwo go było szybko skojarzyć i zapamiętać. Całość, która spełnia te warunki, nie musi się już nawet trzymać kupy, by działać, co udowodnili kreatywni z hiszpańskiego oddziału Atletico International w reklamującym Seata Aldeę thrillerze z małą dziewczynką i dużym potworem:

Stary człowiek nie może

Piotr Jakubowski na blogu „Czarno na białym” pisze dziś o wizerunku staruszka w reklamie. Temat ważny, bo przyrost naturalny w Polsce i Europie aktualnie taki, że najdalej za pięćdziesiąt lat wszyscy będziemy seniorami (lub muzułmanami). To przesunięcie demograficznego punktu ciężkości będzie się musiało jakoś odbić na targetach kampanii reklamowych, choćby dlatego, że – jak wynika z tekstu – marketerzy nie będą mogli dłużej ignorować faktu, że ludzie starsi stanowią coraz większy segment populacji.

Swe rozważania ilustruje Jakubowski kilkoma reklamami, w których seniorzy występują lub których target stanowią. Wszystkie ukazują osoby starsze jako sympatyczne i pełne godności, ba, czasami nawet – by wspomnieć choćby reklamę Dove z Beatą Tyszkiewicz – mimo podeszłego wieku atrakcyjne. Wszystkie jednak łączy jeszcze inny, już mniej chlubny szczegół: to wyjątki.

Bo jak w polskiej reklamie rzeczywiście podchodzi się do ludzi starszych, o niebo lepiej pokazuje pewien plakat, który rok temu straszył w podziemiach największych polskich dworców:

Trudno mi wyobrazić sobie starszego człowieka, któremu po zobaczeniu czegoś takiego nie odechciałoby się korzystać z usług PKP Intercity. Jeszcze trudniej zrozumieć marketingowca, który taką kampanię zatwierdził – w końcu jedna rzecz to nie uważać jakiejś grupy za swój target (szefostwo spółki może np. wierzyć, że seniorzy w spóźnionym ekspresie psują spółce wizerunek), inna – wprost jej przedstawicieli poniżać.

Przy okazji po raz kolejny wyszło na jaw, że antydykryminacyjne zacietrzewienie naszych mediów silnie uzależnione jest od tego, jaka grupa pada ofiarą dyskryminacji. Gdyby jakaś firma reklamowała się hasłami „Sorry, tylko dla białych” lub „Jesteś katolikiem – co za ulga!”, oburzeni dziennikarze krzyczeliby o nienawiści, podłości i wykluczeniu. Tu zamiast czarnych i nie-katolików byli ludzie starsi, więc kampania przeszła bez echa.

Nauka czytania

„Rzeczpospolita” o tym, jak to Unia Europejska obłożyła nas rekordową karą za to, że do rządzenia krajem i dzielenia unijnej kasy wybraliśmy sobie nieudolnych młotków i funkcjonalnych analfabetów:

Budżet będzie musiał oddać 400 mln zł z dopłat bezpośrednich. Bruksela chce wysokiej kary za brak odpowiednich map działek rolnych. Przygotowuje też kolejne zarzuty. (…)
Unijni urzędnicy żądają od polskich władz zwrotu ok. 400 mln zł z budżetu rolnego lat 2006 – 2007. Decyzja już zapadła, nie została jeszcze publicznie ogłoszona. (…)
Komisja Europejska domaga się zwrotu pomocy z powodu uchybień w ewidencji gruntów rolnych. Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa wypłacająca unijne dotacje nie stosowała w latach 2005 2006 mapy lotniczej gospodarstw rolnych, tzw. ortofotomapy, w całym kraju. Zgodnie z unijnymi wymogami mapa ta powinna działać w technologii GIS (geograficznych systemów informacyjnych), ale agencja nie zdążyła jej wdrożyć na czas.

Na karę oczywiście zrzucimy się wszyscy (już widzę, jak rząd wykorzystuje to zdarzenie jako pretekst, by podnieść jakiś VAT lub akcyzę), bo zawsze gdzie zawinią urzędnicy, tam zapłacą podatnicy. Chociaż… przyszła mi właśnie do głowy prostsza metoda na uporanie się z problemem bez kosztów dla przeciętnego Polaka.

Powiedzmy, że w urzędach i agencjach, które „wypracowały” (daje cudzysłów, bo połączenie urzędy i pracowały w jednym zdaniu ostro mi zgrzyta) karę, kisi się co dzień jakieś 20 tysięcy urzędników (nie wiem, ilu dokładnie, lecz podejrzewam, że coś w tych okolicach). Gdybyśmy podzielili między nich te 400 milionów po równo, dałoby to okrągłe 20 tysięcy złotych na urzędniczą głowę. Nie jest to zastraszająca suma, zwłaszcza dla kogoś, kto – jak pokazuje kara – przez całe lata brał kasę za nic.

Płacić mogliby w ratach, ewentualnie potrącałoby im się z pensji. Potrącenie można by nazwać „Za naukę czytania rozporządzeń unijnych”.

Lepiej by dziecko zmarło, niż miało dwóch ojców

aaaeltonvvMedia świata doniosły, że Jurij Pawłenko, ukraiński minister ds. rodziny, młodzieży i sportu, odmówił prawa adopcji Eltonowi Johnowi. Oficjalnie z powodu wieku (piosenkarz skończył w tym roku 62 lata, a ukraińskie prawo generalnie wymaga, by różnica wieku między adoptujacym i adoptowanym nie przekraczała 45 lat, choć w szczególnych przypadkach dopuszcza wyjątki) i stanu cywilnego gwiazdora; nieoficjalnie poszło o orientację seksualną. Elton poślubił w 2005 Davida Furnisha, jednak ukraińskie prawo dopuszcza adopcję tylko przez osoby żyjące w małżeństwach heteroseksualnych. Homomałżeństw ani żadnych innych związków jednopłciowych władze za Bugiem w ogóle nie uznają.

I na tym temat by się skończył (w końcu prawo to prawo i trudno tu dyskutować z ministrem, nawet w kraju, który łapówkami stoi), gdyby nie ciekawy absurd. Wszelkie obostrzenia dla par homo w kwestii adopcji dzieci w państwach takich jak Ukraina czy Polska wprowadza się ponoć dla dobra samych dzieci czekających na adopcję. Dzieci, takich jak 14-miesięczny Lew, zakażony wirusem HIV maluch, którego brytyjski piosenkarz znalazł w sierocińcu w Makiejewce.

Na Ukrainie, która ze swoim PKB w wysokości 3,5 tys. dolarów rocznie na głowę jest ponad 10 razy biedniejsza od Wielkiej Brytanii (44 000 $ per capita), za to ma 10 razy więcej zakażonych HIV (wedle optymistycznych szacunków problem HIV/AIDS dotyka tu 2 procent populacji), dzieci z HIV, urodzonych o porzucanych przez prostytutki i narkomanki, adoptować nikt nie chce (ba, nie chcą ich nawet „normalne” domy dziecka). Brakuje też pieniędzy nie tylko na ich leczenie (jeśli wyłączyć okazjonalne dostawy leków z zachodniej Europy), lecz nawet na wyżywienie, z reguły więc szybko dożywają swych dni w przepełnionych sierocińcach-umieralniach. Mały Lew zapewne także wkrótce zemrze sobie bez rodziców, co jednak według rządzących w Kijowie jest dla niego lepszą opcją niż dostatnie, znacznie dłuższe (w Wielkiej Brytanii ciężko dziś umrzeć na AIDS, zwłaszcza gdy się jest dzieckiem milionerów) życie z dwoma ojcami.

Cóż, pogratulować moralności.

Kill me!

Gorący klip z Pamelą Anderson, który miał być pokazywany na amerykańskich lotniskach, ale nie będzie. I to bynajmniej nie z powodu nasycenia sugestiami seksualnymi i golizną, lecz z uwagi na fakt, że gwiazda „Baywatch” stosuje w nim przemoc (CNN, które odmówiło emisji, broniło się argumentem, że na lotniskach przebywają również dzieci). I to przemoc wobec osób, których jedynym „przestępstwem” jest założenie ciucha, który nie podoba się aktorce:

Przemoc musiała być, bo spot wyprodukowała PETA (People for the Ethical Treatment of Animals) – największa na świecie organizacja broniąca praw zwierząt. Obrona w wydaniu PETA wygląda na ogół dość kuriozalnie: jej działacze walczą z naturalnymi futrami, ale nie przeszkadzają im futra z tworzyw sztucznych, mimo że emisja zanieczyszczeń przy produkcji tych drugich pośrednio kosztuje życie nieporównywalnie większej liczby stworzeń. Dodatkowo PETA potępia trzymanie zwierząt na farmach, promuje również odbieranie pupili niedostatecznie dobrze traktujących je właścicielom. Psy i koty zbierane w ten sposób przez aktywistów PETA są następnie zabijane w centrali organizacji w Norfolk w stanie Wirginia, grupa wychodzi bowiem z założenia, że lepiej dla zwierząt, żeby zginęły, niż by miały cierpieć w ludzkiej niewoli. Samych zainteresowanych nikt tu oczywiście o zdanie nie pyta.

Nic dziwnego, że przy takich celach i środkach ich realizacji, od lat stanowi PETA atrakcyjny temat dla mediów i satyryków, o czym mogliśmy się przekonać m.in. w genialnym odcinku South Park o amerykańskich wyborach prezydenckich 2004 (tudzież o każdych polskich wyborach po 1989) pod tytułem „Douche and Turd”. Poniżej kawałek o PETA (z ostrzeżeniem: TYLKO DLA DOROSŁYCH!):