Instrukcja z National Geographic (via dzisiejszy Wykop) na temat tego, jak domowymi sposobami zamienić się w kolejnego Ojca Pio – lub nawet samego Jezusa:
Instrukcja z National Geographic (via dzisiejszy Wykop) na temat tego, jak domowymi sposobami zamienić się w kolejnego Ojca Pio – lub nawet samego Jezusa:
Najbardziej odjechany rząd w historii najbardziej obłąkanego kraju świata szykował się do drugiej rocznicy pełnego sukcesów rządzenia. Prezes Rady Ministrów, wciąż uwielbiany przez poddanych, chciał uczcić rocznicę czymś naprawdę specjalnym: rozporządzeniem, które w skali niedorzeczności pobiłoby wszystko, co do tej pory zafundował swoim wielbicielom. Orzech wydawał się ciężki do zgryzienia, bo co może pod względem absurdalności konkurować np. z „jednym okienkiem”, które w ramach ułatwiania i upraszczania życia przyszłym przedsiębiorcom wydłużyło proces zakładania własnego biznesu z kilku dni do kilku miesięcy? Premier jednak nie tracił nadziei, zwłaszcza że przy okazji stanął przed jego gabinetem palący problem, z którym mogłoby się zmierzyć nowe ustawodawstwo.
Problem był niezwykle ważny, z czego zresztą mało kto zdawał sobie sprawę. Patrząc na polityków wolimy bowiem nie pamiętać, że każdy rząd, oprócz czuwania nad tym, by koryto dla rządzących (tudzież ich rodzin i kolegów) zawsze było pełne, ma jeszcze jeden, równie ważny (jeśli nie ważniejszy) cel istnienia: dokładanie wysiłków, by maksymalnie skomplikować, utrudnić i obrzydzić życie obywatelom. Tymczasem kryzys światowy mimo starań amerykańskiej administracji powoli dobiegał końca, co już za chwilę mogło zacząć być odczuwane także w Polsce: rząd nie bez racji obawiał się, że lada dzień wzrośnie konsumpcja, za nią płace, i tylko patrzeć, a ludzie staną się szczęśliwsi. Nic dziwnego, że zatroskany o los kraju szef rządu ściągnął do stolicy najtęższe głowy, by wymyśliły, jak przeciwdziałać zbliżającej się katastrofie. Przez wiele tygodni głowy radziły aż furczało, po czym najmędrszy z mędrców stanął przed premierem z rozwiązaniem, które porażało tak prostotą, jak i elegancją:
Skazanie kolejnej kobiety w Iranie na karę ukamienowania za niewierność, i związane z tym protesty na całym świecie przypomniały mi o świetnym filmie, który, jak znam życie, do polskich kin nie wejdzie: w Ameryce zarobił zaledwie pół miliona, co z automatu skreśla go w oczach naszych dystrybutorów. Ale może dlatego tym bardziej warto o nim napisać.
„The stoning of Soraya M.” to oparty faktach (opisanych w głośnej książce Freidoune’a Sahebjama) fabularyzowany dokument o młodej kobiecie, której mąż postanowił poślubić jeszcze młodszą (14-latkę), więc przekonał sąsiadów, by razem z nim ukamienowali dotychczasową żonę. Oficjalnie za cudzołóstwo, którego zresztą nie popełniła – ale w kraju ajatollahów nie trzeba na to dowodów, wystarczy zeznanie męża. Dzień po zdarzeniu wstrząsającą historię opowiada napotkanemu przypadkiem francuskiemu dziennikarzowi ciotka dziewczyny, Zahra…
Lech Wałęsa opowiada „Rzepie”, jak fajnie byłoby dziś w Polsce, gdyby 20 lat temu nie poświęcił się głupio dla demokracji tak, jak się poświęcił, i zamiast dzielić się władzą z bezrozumnym społeczeństwem, wprowadził w kraju totalitarną dyktaturę:
Zastanawiam się czasami, czy gdybym nie oddał wszystkiego demokracji, tylko był jak Stalin, Lenin czy Castro, to czy efekty nie byłyby dużo większe. Naród nie był przygotowany do rządzenia, nie było kadr ani programów, wielkie możliwości tak naprawdę nie zostały wykorzystane. Uwierzyłem jednak w demokrację. Uważałem, że nawet jeżeli coś nie będzie tak, to demokracja wszystko naprawi, zrobi to lepiej niż ja. (…) Tylko, że ograniczając demokrację, być może można było zyskać więcej.
Lech więc sobie gdyba, a mnie nachodzi pytanie, które trapi ludzkość od czasu, jak Herakles w przypływie dobrego humoru wyrżnął wszystkie swoje dzieci: co naród powinien robić ze swymi bohaterami, jeśli tym zdarzy się sfiksować?
Niecodzienna reklama płynu do płukania tkanin Ultra Downy, znaleziona na blogu Piotra Jakubowskiego. Ciut bardziej perwersyjna, niż misie Coccolino i mamuśki od Lenora – choć pojawia się pytanie, czy efekt taki był od początku zamierzony. Autor „Czarno na białym” delikatnie w to wątpi – a ja zdania nie mam. Spot wygląda na tani, więc kto wie, czy od razu nie było wiadomo, że pójdzie „tylko” na YouTube’a.
„Dziennik Polski” (via Wykop) o jednym z licznych absurdów, które pozbawiają dzisiejszych Polaków prawa do myślenia z wyższością o czasach Barei:
Maria Kantor, pracowniczka Uniwersytetu Jagiellońskiego, oprowadzała po Krakowie swoich znajomych z Malty. Pani Maria zabrała przybyszów na ul. Floriańską, pod Sukiennice i kościół Mariacki, opowiadała o historii miasta i zabytków. Nagle podeszły do niej dwie osoby, które zaczęły wypytywać o uprawnienia przewodnika. Okazało się, że to wspólna kontrola urzędników Urzędu Marszałkowskiego i przedstawicieli Stowarzyszenia Przewodników Turystycznych, którzy w asyście strażników miejskich postanowili wylegitymować podejrzaną.
- Od razu odpowiedziałam, że nie jestem żadnym przewodnikiem, a tylko pokazuje znajomym zabytki Krakowa. A właściwie to byłam tak zaskoczona, że zaniemówiłam. Moi znajomi z Malty nie wiedzieli, co się dzieje i dlaczego nagle zatrzymują mnie obce osoby i umundurowani strażnicy. Na nic zdały się moje wyjaśnienia, że nie oprowadzam żadnej grupy. Byłam przerażona absurdalnym stwierdzeniem, że nielegalnie, bez uprawnień, oprowadzam turystów indywidualnych po Krakowie i że to jest zabronione – mówi Czytelniczka. (…)
Jak tłumaczy Biuro Prasowe Urzędu Marszałkowskiego Województwa Małopolskiego, celem kontroli było „zmniejszenie skali zjawiska nielegalnego przewodnictwa, a także zapewnienie wykonywania zadań przewodnika turystycznego po Krakowie przez osoby spełniające wymagania określone przepisami prawa”.
Okazuje się, że przyłapani na nielegalnym przewodnictwie mogą otrzymać (…) karę grzywny w wysokości od 20 zł do 5000 zł. Jeśli natomiast na miejsce zostanie wezwana policja, może ukarać mandatem w wysokości 500 zł.
Według ustawy o usługach turystycznych „przewodnik turystyczny to osoba zawodowo oprowadzająca turystów lub odwiedzających po wybranych obszarach, miejscowościach i obiektach oraz udzielająca o nich informacji”. Sprawę precyzuje Kodeks Wykroczeń, który mówi, że ten, „kto wykonuje bez wymaganych uprawnień zadania przewodnika turystycznego lub pilota wycieczek, podlega karze ograniczenia wolności albo grzywny”. (…)
- Rozumiem zdenerwowanie tej pani. Nie twierdzę też, że brała od tej grupy pieniądze, ale też z mojego doświadczenia wynika, że w takim wypadku nikt się nie przyzna i każdy będzie się upierał że to znajomi. Też uważam, że można oprowadzać znajomych i rodzinę, ale pozostaje pytanie, jak udowodnić, że to daleka rodzina czy znajomi z Niemiec lub Francji, a nie turyści, których tak po prostu przedstawiam i na których zarabiam? – pyta Anna Gigoń ze Stowarzyszenia Przewodników Turystycznych, która była jedną z osób kontrolujących Marię Kantor.
Wypowiedź pani Gigoń to w całej historii, której nie powstydziliby się Pythoni, najbardziej kuriozalna perełka. Dobitnie pokazuje to, o czym większość z nas na co dzień stara się nie pamiętać: że w Polsce A. D. 2009 wciąż mamy obszary prawa, w których to nie państwo (czy, jak tutaj, kolejna samokoncesjonująca się grupa, która „załatwiła sobie” u polityków urzędową ochronę swych interesów) udowadnia winę oskarżonemu, tylko oskarżony musi udowodnić, że jest niewinny. Ta filozofia prawna, kiedyś charakterystyczna dla trybunałów badających oskarżenia o czary (gdzie, jak pamiętamy, oskarżona kobieta mogła swą niewinność udowodnić np. tonąc w trakcie próby wody), to dziś, o czym przekonał się Roman Kluska i rzesze mniej znanych przedsiębiorców, norma w działaniu polskich urzędów skarbowych. Nie stronią od niej jednak i inne powiązane z naszym kochanym państwem instytucje (że wspomnę choćby ZAiKS, patrolujący restauracje i zakłady fryzjerskie w poszukiwaniu śladów odbiorników RTV), wiedząc, że Polacy, którzy jako naród uwielbiają życie w rzeczywistości rodem z Kafki, poprzestaną na marudzeniu. A systemu nie zmienią nawet gdy na krakowskim rynku zaczną się aresztowania matek opowiadających o zabytkach własnym dzieciom.
Jak dobrze wiedzą tutejsi bywalcy, prośby stałych komentujących to dla mnie świętość. Dlatego gdy Undek w komentarzu do poprzedniego postu poprosił o jakiś nowy kawałek z QAF, poczułem się moralnie zobligowany do pokazania więcej niż jednej sceny (zwłaszcza że ostatni raz arcydzieło Daviesa gościło tu prawie rok temu). Na szczęście przypomniała mi się pewna stara składanka, która każdego fana serialu powinna przyprawić o blisko 4 minuty orgazmu:
Liga Polskich Rodzin, to jak wiemy, największa w Polsce organizacja naukowa, zajmująca się badaniem i propagowaniem kreacjonizmu. Już ojciec jej Ojca Założyciela zasłynął jako nieprzejednany wróg niebezpiecznych idei Darwina, robiąc zresztą przy tym niesamowity pi-ar Polakom na całym świecie. Z kolei były szef LPR Mirosław Orzechowski, w czasach, gdy był ministrem edukacji, lansował się (m.in. w der Spiegel) opowiadając dziennikarzom, że teoria ewolucji to kłamstwo i „pomyłka, którą zalegalizowano jako obowiązującą prawdę”. Bo w końcu każdy prawdziwy Polak, katolik, patriota i członek LPR (cztery terminy, które jeszcze kilka lat temu były synonimami) wie, że Pan Bóg stworzył świat w 6 dni, a dinozaury żyłyby na ziemi do dziś, gdyby nie krwiożerczy Szewczyk Dratewka i jego barany.
Liga Polskich Rodzin to jednak również siła przewodnia Telewizji Polskiej, a to już, w przeciwieństwie do sporów o Darwina, poważna sprawa. Gdyż w Polsce telewizja publiczna ma misję. I to nie tylko taką, jak misjonarze w Afryce, czyli nawracanie na katolicyzm i propagowanie wartości chrześcijańskich. Drugą, mniej znaną misją TVP jest krzewienie i promowanie w Polsce kultury. Zwłaszcza tej wysokiej, nawiązującej do najlepszych wzorców i tradycji narodu Mickiewicza, Kopernika i Szopena.
Misję tę realizowała dotąd w telewizji publicznej Doda Elektroda:
Niestety, życie nie jest proste i LPR-owi w TVP przyszło się w końcu zmierzyć z problemem nie do pozazdroszczenia: co zrobić, gdy obie misje, katolicka i kulturalna, staną ze sobą w jawnej sprzeczności? Misje pogryzły się, gdy Doda nieoczekiwanie związała się z Nergalem, przechrzciła na satanistkę i, co w oczach elpeerowca najgorsze, publicznie wyznała, że bardziej wierzy w odkrycia paleontologów, niż w biblijny opis stworzenia świata.
Konsekwencje nie kazały na siebie długo czekać. W środę artystka wyleciała z TVP na zbity pysk (jeśli coś w tym wszystkim dziwi, to tylko fakt, że ustalenie, która misja jest ważniejsza, zabrało górze ponad tydzień). Decyzja szefostwa przypieczętowała tym samym los kultury wysokiej w Jedynce i Dwójce.
Bo nie oszukujmy się: to koniec. Przy całym szacunku, jakim darzę potencjalnych następców Dody na polu krzewienia kultury za pośrednictwem telewizji: Jolę Rutowicz czy Gracjana Rostockiego, nie mam złudzeń, że zdołają choćby zbliżyć się do poziomu laski, która była w stanie zrymować „Saleta” i „fleta”.
Po co naprawdę istnieje Ogólnopolski Komitet Obrony przed Sektami? Odpowiedź może zaskoczyć co bardziej prostolinijnych (lub też mniej zorientowanych w realiach polskiej nowomowy polityczno-religijnej) czytelników. Otóż głównym zadaniem Ogólnopolskiego Komitetu Obrony przed Sektami jest… obrona sekt. Żeby było śmieszniej: przed Dodą.
Rezolutna piosenkarka udzieliła kilka dni temu czytelnikom „Dziennikowi” interaktywnego wywiadu, w którym m.in. wypaliła prosto z mostu, co sądzi o świętej księdze chrześcijan:
Doda: Jeżeli chodzi o Biblię, (…) ciężko mi wierzyć w coś, co nie ma przełożenia na rzeczywistość, bo gdzie w tej Biblii są dinozaury? Jest siedem dni stworzenia świata i nie ma dinozaurów. To mi się kłóci. (…)
„Dziennik”: Czyli bardziej wierzysz, mówiąc w cudzysłowie, w dinozaury niż w Biblię?
D.: Wierzę w to, co nam przyniosła matka Ziemia i co odkryto podczas wykopalisk. Są na to dowody i ciężko wierzyć w coś, co spisał jakiś napruty winem i palący jakieś zioła…
„Dz”: Przepraszam, o kim mówisz?
D.: O tych wszystkich gościach, którzy spisali te wszystkie niesamowite historie.
„Dz”: Biblijne?
D.: No a co?
Wywiad obiegł media, w sumie więc nic dziwnego, że zareagował nań Ogólnopolski Komitet Obrony przed Sektami. Lecz co dokładnie zrobił jego szef, Ryszard Nowak? Nie, nie zajął się książką, której, jak wynikało z wypowiedzi Dody, przynajmniej jedna sekta używa do wmawiania ludziom antynaukowych bredni – czyli, jakby nie było, do prania mózgu. Nie zainteresował też samą piorącą mózgi organizacją. Zamiast tego złożył do prokuratury doniesienie o obrażaniu przez piosenkarkę uczuć religijnych. Przestępstwo, za które w Polsce standardowo dostaje się rok w zawieszeniu.
Bo przecież nie może być tak, że jakaś gwiazdka popu bezkarnie propaguje w mediach wiedzę z zakresu paleontologii, przeczącą biblijnemu opisowi stworzenia, ba, obraża proroków i apostołów twierdzeniem, że najbardziej psychodeliczne (polecam tu zwłaszcza Księgę Ezechiela, i, oczywiście, starą dobrą Apokalipsę) dzieło literatury światowej do czasu „Nagiego lunchu” powstało pod wpływem substancji psychoaktywnych. Zwłaszcza że, o czym Nowak wie, na liście autorytetów pokolenia JP2 Doda już dawno zdystansowała martwego papieża (z którego nauk nawet miesiąc po śmierci mało kto tu sobie zresztą cokolwiek robił), zatem jej wywrotowe idee mogą znaleźć posłuch u owieczek. A czym grozi upowszechnienie sceptycyzmu wśród ludu? Sekty (wraz z tą największą, matką sekt wszelakich) znikną, a Nowak i jego organizacja pójdą z torbami.
Kto by na jego miejscu nie bronił swego koryta przed Dodą?
Pierwsza Ikea w historii Irlandii otwarła się pod koniec lipca w Dublinie. I teraz się reklamuje. Jak na Ikeę przystało: pokazując, jaka jest buntownicza i kontrowersyjna.
Znów będzie na temat szumu wokół plakatu Obama-Joker. Tyle że tym razem na tapetę idzie nie kontrowersyjne dzieło czy jego przeróbki, tylko cała żurnalistyka w Stanach. Prawie każde prasowe doniesienie o wydarzeniu zawierało bowiem akapit na temat autorstwa plakatu, które to autorstwo przeciętnemu amerykańskiemu dziennikarzowi było nieznane – w końcu grafika nie była podpisana. Akapit wyglądał więc mniej więcej tak:
Nobody knows yet who the artist is, but it seems almost certain that the poster, titled „Socialism,” first appeared here in Los Angeles.
LA Daily, 7 sierpnia, autor: Jill Stewart
Po prawdzie, szybko okazało się, że dziennikarzom w informacyjnej nieporadności nie ustepują i blogerzy. Z tym, że ci najczęściej nie poprzestawali na prostej konstatacji faktu, lecz szli dalej i zadali pytanie o powód anonimowości. Po czym sami sobie na nie odpowiadali:
The caricature of Barack Obama (…) is really making the rounds on the internet. The artist is unknown (probably to protect him or herself from the venom of those compassionate, open-minded, caring liberals).
Living Lake Country, 8 sierpnia, autor: A. L. Geiger-Hemmer
Nikt jednak nie poleciał w swych rozważaniach tak daleko, jak redaktor jednego z najbardziej znanych i opiniotwórczych amerykańskich dzienników. Bolduję cały cytat, który sam w sobie stanowi jedną z najbardziej absurdalnych rzeczy, jakie w życiu dane mi było oglądać:
The great virtue of an anonymous poster campaign is that it anticipates unspoken fears or claims, and leads the debate by insinuating and teasing out ideas that would be too explosive or alienating if simply dumped into the public forum by responsible actors. (…)
So why the anonymity? Perhaps because the poster is ultimately a racially charged image. By using the „urban” makeup of the Heath Ledger Joker, instead of the urbane makeup of the Jack Nicholson character, the poster connects Obama to something many of his detractors fear but can’t openly discuss. He is black and he is identified with the inner city, a source of political instability in the 1960s and ’70s, and a lingering bogeyman in political consciousness despite falling crime rates.The Washington Post, 6 sierpnia, autor: Philip Kennikot
Dość już wszak cytowań. Pora na mały eksperyment: wpisujemy w google’a słowa „obama” i „joker” i wciskamy enter. Po wyświetleniu się informacji o 8,490,000 wynikach w lewym głównym rogu klikamy w napis „Images”. Link do oryginału, który na na flickr.com wisi od stycznia, okazuje się być… dziesiąty.
Autor syntezy twarzy Jokera i Obamy nazywa Firas Khateeb, ma 21 lat, studiuje w Chicago i lubi bawić się Photoshopem. Nie głosuje na Republikanów i nie ma zbyt wielu powodów, by być ksenofobicznym, białym rasistą: jest Arabem pochodzącym z Bliskiego Wschodu.
Do zdobycia wszystkich tych informacji wystarczyła odpowiednia fraza w wyszukiwarce i trzy kliknięcia.
Jedyną gazetą, której dziennikarze dali radę ustalić tożsamość Khateeba (i to tylko dzięki wydatnej pomocy pewnego czytelnika Bedlam Magazine), okazał się tymczasem brytyjski The Guardian.