Kolejna lekcja, tym razem z dziedziny stosowanych nauk społecznych. I dowód na to, że efektu cieplarnianego, od którego ludziom robi się zimniej, wcale nie wynalazł Al Gore:

Kolejna lekcja, tym razem z dziedziny stosowanych nauk społecznych. I dowód na to, że efektu cieplarnianego, od którego ludziom robi się zimniej, wcale nie wynalazł Al Gore:

Od dziś blog ten będzie miał charakter wyłącznie edukacyjny. Zaczynamy od nauki języków romańskich:
Słowniczek dla tych, którym obca mowa Cervantesa:
A – impotencja
B – zazdrośni mężowie
C – użądlenie osy w siusiaka
D – zbyt wąskie aktorki
To ostatnie to zresztą gra słów – „estrecha” po hiszpańsku to także ‘wstydliwa’, ‘ograniczona’ i ‘tępa’. Niemniej biorąc pod uwagę gatunek filmowy i rozmiary aktora, trudno mieć wątpliwości co do tego, które tłumaczenie jest tu najbardziej na miejscu.
Ponoć stworzona jako bezpłatny generyk dla tych, których nie stać na grzybki. W USA kryzys, więc nic dziwnego, że choć na YouTubie od 3 lat, dopiero teraz robi furorę na Diggu…
Urocza reklama prezerwatyw? Przez lata był to oksymoron. Na szczęście właśnie poszedł się dureksić.
Kto jeszcze twierdzi, że tęsknić za rodzinnym krajem nie można „internacjonalnie”? Muzyczne tło przygód mieszkańca Arktyki na emigracji w Stanach Zjednoczonych to tutaj „Por qué te vas”, wiekowy przebój hiszpańsko-belgijsko-kongijsko-maltańsko-angielsko-amerykańsko-kanaryjsko-katalońskiej piosenkarki Jeanette. Co więcej, spot przygotowała argentyńska agencja kreatywną Landia dla portorykańskiego oddziału japońskiej Toyoty. Razem w kupie przywodzi to na myśl wałkowaną w szkołach opowieść, jak to kiedyś w stolicy Francji pewien obywatel Rosji pochodzenia żydowskiego napisał po polsku poemat o Białorusi, który zaczynał się od słów: „Litwo, ojczyzno moja”…
Internauci w Chile mają sporą uciechę. Szef ichniejszego ZAIKS-u (Sociedad Chilena del Derecho de Autor) nazwiskiem Fernardo Ubiergo (w cywilu znany na lokalnym rynku piosenkarz) zaliczył tydzień temu wpadkę, po której wrogowie emulów i torrentów długo będą dochodzić do siebie… W trakcie wykładu na temat nowej, forsowanej przez SCD ustawy o ochronie praw autorskich (zakładającej m.in. kary więzienia za wymianę plików w sieci), który wygłaszał w północnochilijskim mieście Antofagasta, przy próbie otwarcia Power Pointa z prezentacją na oczach sali wyskoczył biedaczkowi komunikat: “Esta Copia de Microsoft Office no es Original“. Tłumaczyć chyba nie trzeba.
Zdenerwowany bojownik o przestrzeganie praw autorskich (ale tylko na cudzych komputerach) wykazał się co prawda refleksem i czym prędzej zamknął program, zaś większość obecnych dyplomatycznie udała, że nic nie widziała, na sali byli jednak także dziennikarze. Samo feralne okienko zdołał uwiecznić na zdjęciu reporter lokalnego dziennika El Nortero. Jak można się było spodziewać, news szybko zawojował hiszpańskojęzyczną sieć (dla niezorientowanych: dziesięć razy większą od polskiej i chyba ze dwadzieścia razy bardziej nasyconą piractwem). Nic dziwnego, że już dwa dni po wypadku Ubiergo z hukiem podał się do dymisji, której zresztą jego stowarzyszenie nie przyjęło, argumentując, że komputer był używany nie tylko przez prezesa i nielegalne oprogramowanie zainstalować mogła na nim osoba trzecia. Najpewniej po kryjomu i w celach sabotażu. Jak to pirat.
A swoją drogą, i tak miał chyba Ubiergo szczęście. Jak uczą antypirackie reklamy, internetowe bandziory dla osiągnięcia swych niecnych celów są się w stanie posunąć do znacznie gorszych rzeczy. Na przykład do napaści na Polskę:
Rozniosło się już na dobre po Ameryce, że miłościwie janosikujący rząd federalny rozdaje bogatym pieniądze. Nic więc dziwnego, że w kolejce po zastrzyk finansowy z budżetu centralnego (czytaj: z kieszeni coraz biedniejszego podatnika) ustawiają się coraz bardziej egzotyczne branże. Najświeżsi kandydaci do jałmużny to, jak donosi Reuters, bidujący magnaci pornograficzni Larry Flynt (legendarny wydawca „Hustlera”) i Joe Francis (dyrektor generalny konkurencyjnego „Girls Gone Wild”). W opublikowanym wczoraj liście do Kongresu Larry i Joe zwracają uwagę, że wpływy branży erotycznej spadły w ciągu ostatniego roku o 22 procent i domagają się z tego tytułu od Obamy i jego kamratów… 5 miliardów dolarów.
Sukcesu inicjatywie nie wróżę (mimo tegorocznej wygranej Demokratów wciąż sporo na Kapitolu konserwatystów), ciekaw jestem wszakże, jak Kongres uzasadni odmowę, biorąc pod uwagę, że oczekiwania finansowe pornopotentatów są – w porównaniu z tym, ile dostały na jesieni dziadujące wielkie banki (700 mld) – nader skromne, zaś dyskryminacja seksualna (bądź cokolwiek mająca z seksem wspólnego) to w USA przestępstwo federalne. Nie wspomnę już o tym, że obaj panowie na pewno potrafiliby się kongresmanom odwdzięczyć. Choćby w naturze.
Gdzie kryzys (gospodarczy, gazowy, czy chociażby sroga zima), tam kozioł ofiarny szybko się znajdzie. Rząd (bez głowy, bo ta w trudnych chwilach oczywiście na urlopie) zainaugurował dziś masowe zamykanie sklepów oferujących legalne podróbki narkotyków, trochę na wyrost zwane dopalaczami (nie mylić z rzeczywistymi psychostymulantami, o których pisałem niedawno gdzie indziej). Zarzut rządu wobec sklepów jest ciężki: sprzedawane środki na niektórych działają niczym prawdziwe dragi. Tylko znacznie słabiej. Same substancje na razie są w Polsce, jak się już rzekło, legalne, ale w Sejmie trwają jakieś prace nad ich delegalizacją, roztropna władzunia zawczasu postanowiła zatem odciąć obywatelom dostęp do tych okropności (najpewniej co by sobie zapasów nie porobili). Bo choć od czasów rzymskich obowiązuje na świecie zasada, że prawo nie działa wstecz, najwyraźniej nie dotyczy to tusklandu.
Ech, pozostaje mieć nadzieję, że kuriozalna (i to nie tylko ze względów chronologicznych) nowelizacja ustawy o zwalczaniu narkotyków poprzez walkę z ich podróbkami (na sporą część konsumentów działającymi głównie dzięki sugestii) rozciągnie wsteczny zakaz posiadania i używania substancji psychotropowych (również tych prawdziwych) aż do początków państwowości polskiej. Już widzę brygady antynarkotykowe otaczające Kancelarię Prezesa Rady Ministrów i wyprowadzające z niej pewnego delikwenta (mniemam, że zdąży wrócić z urlopu), namiętnie popalającego w młodości nie jakieś podejrzane tandety, tylko najczystszą marysię.
Było już o tym, jak kiepsko na zachodnich kanałach informacyjnych reklamuje się Polska. I o tym, jak się reklamować boi. Naturalną koleją rzeczy, gwoli pokazania, że jednak można dobrze, najnowszy spot pewnego nie tak oddalonego od nas kraju, który mimo że znacznie mniejszy i biedniejszy, jakoś fundusze na dobrą reklamę w CNN wysupłał: