Slapstick z wampirem
Skoro już jesteśmy przy przygodach wyzbytych strachu i wstydu Cardiffczyków, grzechem byłoby nie wspomnieć o najnowszym odcinku, “Something borrowed”. Tytuł zresztą niezbyt trafiony: lepiej brzmiałoby - wziąwszy pod uwagę fabułę - choćby “Four funerals and a wedding”… Zwłaszcza sakrament małżeństwa jest tu kluczowy, zważywszy, że przed ołtarzem staje najaktywniejsza seksualnie ludzka samica “Torchwoodu”. W dodatku w stanie błogosławionym, w którym zresztą znalazła się bynajmniej nie za sprawą cielesnych uciech ze współpracownikami (o Bogu ducha winnym narzeczonym nie wspominając), lecz na skutek… niepokalanego poczęcia (brzmi znajomo? poczekajcie na poród w stajence).
Niestety dla bohaterki, szybko okazuje się, że przy wersji Jezuska, którą nosi pod sercem, nawet dziecko Rosemary mogłoby robić za aniołka. Po tym małym odkryciu cały Torchwood czuje się w obowiązku zwalić się na imprezę koleżanki, zastając na miejscu m.in. teściową z piekła rodem (dosłownie), która z kolei przybyła na wesele robić za położną. Nic dziwnego, że w efekcie dostajemy najbardziej zakręcone połączenie horroru z farsą od czasu “Zabójczych kondomów”, z obfitymi nawiązaniami do “Buffy”, “Scooby Doo” i “Teksańskiej masakry piłą mechaniczną” oraz zwrotami akcji, przy których wysiadają “Podejrzani”:
sobota, 8 marzec 2008 @ 23:36
glupia Gwen, caly odcinek sie rzucala na Jacka…
swoja droga, widac, ze Barrowman mial radoche grajac demonicznego shapeshiftera
niedziela, 23 marzec 2008 @ 2:12
Hmm, Barrowman prawie zawsze wygląda, jakby miał grając Jacka (czy nawet podszywające się pod Jacka stwory) miał nieprzeciętną radochę (największą bodaj w starych odcinkach “Doktorka”). Niemniej jeśli chodzi o Gwen, znacznie ostrzej dał jej popalić w “Adrift”